Zakupy

Weszliśmy z mężem do sklepu z ciuchami. Z pierwszego wieszaka wzięłam jedną bluzkę, mąż podał mi drugą. Potem  chciał mi jeszcze wetknąć w ręce sweter. Przeszłam z tymi bluzkami przez sklep, omiatając wzrokiem różne bluzy, spodnie i co tam jeszcze było. Popatrzyłam na trzymane w ręce bluzki i oddałam je mężowi.

- Odwieść to. Przecież nie są mi potrzebne. 

Tak zwykle wyglądają moje odzieżowe zakupy.

Na ten nowy rok!

Ubiegły rok jest już „ubiegły” i choć na zawsze pozostanie w pamięci całej mojej rodziny, to nie będzie dobrym wspomnieniem. Chyba jeszcze nigdy w jednym roku nie dotknęło nas tyle nieszczęść. Choroby, operacje, śmierć,  pożar, próba samobójcza… Kiedy jednej z moich kuzynek ktoś, składając życzenia, powiedział, że życzy jej, żeby nadchodzący rok był przynajmniej taki, jak ten, który mija,  nie wytrzymała i rozryczała się jak dziecko. Mam cichutką nadzieję, że przez najbliższe miesiące los będzie nas oszczędzał, że da odetchnąć. Oby!

W tym roku nas przybędzie – jedna kuzynka w lutym zostanie babcią Igi, druga po raz trzeci będzie żoną dziadka – w kwietniu na świat przyjdzie chłopczyk. Niestety, Lidka, która pojawi się na świecie już za kilka-kilkanaście dni nie pozna swojego dziadka, którego pożegnaliśmy w marcu. 

Mój Najmłodszy pójdzie do zerówki, Najstarsza dostanie dowód osobisty, a Średnią ominie etap bycia gimnazjalistką, z czego bardzo się cieszy.

Mam nadzieję, że to będą jedyne nadzwyczajne wydarzenia w tym roku. 

Jak zwykle nie mam żadnych noworocznych postanowień. To się zawsze sprawdza, bo nie powoduje frustracji, nie obniża samooceny. Nie robię też żadnych planów poza takimi, co kupić na obiad czy kolację. 

Chciałabym tylko, żebyśmy wszyscy byli jako tako zdrowi. 

Kiedy byłam dzieckiem, zaraz po Nowym Roku po domach zaczynali chodzić chłopcy, którzy rzucając na podłogę ziarna pszenicy, wypowiadali takie życzenia:

„Na szczęście, na zdrowie, na ten nowy rok! Niech się wam darzy kapusta i groch! W każdym kątku po dzieciątku, a na piecu troje! Za kolędę dziękujemy, zdrowia, szczęścia wam życzymy na ten nowy rok!” 

I ja  Wam życzę, żeby się Wam darzyło w domu, w pracy, w rodzinie i wśród przyjaciół. Do siego roku!

Warto czytać

Zaczęło się od rozmowy z mężem o jakimś filmie. Padło nazwisko Raczek i tu nastąpiła nagła konstatacja, że jakoś dawno go nie widzieliśmy w żadnej telewizji. Kolejny krok to Internet, bo tam na pewno coś na temat aktualnych działań tego pana będzie. Notka w Wikipedii spowodowała jedynie westchnienie, że „starzejemy się”, ale przypomniała kolejną postać – Marcina Szczygielskiego. Mnie ten pan kojarzy się z „Filipinkami” – kultowym dla szczecinian ( i nie tylko) zespołem, ponieważ, jest synem jednej z Filipinek i autorem książki „Filipinki To My”. Przyznam, że nie jestem zbytnio obeznana ze współczesną polską literaturą, a tu okazuje się, że Szczygielski jest autorem uznanym i nagradzanym. Skoro tak, to postanowiłam sięgnąć po jakąś jego książkę. Wybór padł na powieść „Berek”. Zaciekawiło mnie zestawienie bohaterów – Paweł – określany w recenzjach jako młody wielkomiejski gej i Anna – moherowa emerytka.

Ano zobaczymy, pomyślałam, co z tego dało się sklecić. 

Czyta się na pewno lekko. Autor skupia się na akcji, wyciąganie wniosków pozostawiając czytelnikowi. Bez wątpienia powieść jest najeżona stereotypami, które momentami aż kłują w oczy dosłownością, żeby nie powiedzieć łapatologią. Losy bohaterów, ich przemiana mają cechy baśni, gdzie wszystko kończy się dobrze, a bohaterowie żyją długo i szczęśliwie. Można więc rzec, że ciągnie się za powieścią dydaktyczny smrodek i wyraz pobożnych życzeń środowiska LGBT, żeby to, dziś jest skandalizujące obyczajowo, stało się akceptowane.

„Berek” jest klasyfikowany jako powieść gejowska, jako że traktuje o rzeczywistości tego środowiska na wielu płaszczyznach – przede wszystkim społecznej i środowiskowej. Zawiera też fragmenty, które można uznać za pornograficzne, ale w moim odczuciu służą  one całości  treści. Gdyby nie te elementy, byłaby to po prostu kolejna powieść o potrzebie miłości, akceptacji, o relacjach rodzinnych, które determinują nasze dorosłe życie. Czyli nihil novi sub sole. 

Ja znalazłam w tej książce jeszcze coś. Taki drobiazg, który spowodował uśmiech i poczucie wspólnoty z autorem. Otóż jeden z bohaterów jest nauczycielem i ma kłopoty w pracy. W pewnym momencie padają dwa, dobrze mi znane nazwiska nauczycielek wraz z dosadną charakterystyką. I w tym momencie pojawia się  uśmiech oraz przeświadczenie, że oboje chodziliśmy do tego samego LO i mamy podobne wspomnienia, dotyczące owych nauczycielek.  :) Wiele lat później z jedną z nich pracowałam w jednej szkole. 

Itak to zaczęło się od rozmowy o filmie, a skończyło na rozszerzeniu wiedzy o współczesnych gatunkach literackich oraz licealnych wspomnieniach.

Świątecznie

Wszystkim, którzy mnie odwiedzają często i tym, którzy trafią tu przez przypadek, przyjaciółkom i przyjaciołom oraz tym zupełnie mi obcym, wierzącym i ateistom – wszystkim Wam życzę radosnych świąt Bożego Narodzenia. Będziecie je spędzać tak, jak Wam każe religijny lub tylko rodzinny zwyczaj, ale niech spotkania przy świątecznym stole staną się impulsem do okazania miłości, do pojednania i wybaczenia. Niech Was przepełnia wiara, nadzieja i miłość, którą podzielicie się z najbliższymi. Wesołych świąt! 

A przy okazji kilka zdjęć zrobionych wczoraj w  Norymberdze. 

Wnętrze romańsko-gotyckiego kościoła św. Sebalda z charakterystycznym dla ewangelickich świątyń skromnym wystrojem. 

Obok tradycyjne świąteczne ozdoby – ludziki wykonane z suszonych śliwek, fig i orzechów. Postać związana z tutejsza legendą. Podobne można ponoć kupić w Dreźnie, ale Bawarczycy twierdzą, że tylko ich Śliwkowy ludzik jest prawdziwy;)

I na koniec jeden ze straganów na jarmarku, który odbywa się na uliczkach norymberskiego Arsenału.

IMG_20171222_144509tv IMG_20171222_145136 IMG_20171222_152119

Chyba tu zostanę

Trzeba się stąd przenieść  albo blog poleci w niebyt. Są jakieś instrukcje dotyczące przenosin i są już takie blogerki , którym to się udało! Podziwiam!  Mnie dosłownie  trzęsie na samą myśl, że mogłabym  zapoznać się z tymi instrukcjami, bo wiem, że nie zrozumiem niczego poza spójnikami i ewentualnie jednym-dwoma czasownikami, których użył autor/-ka. Chyba więc pozostawię losy bloga biegowi czasu. Nie jestem do niego jakoś szczególnie przywiązana. Nie mam już tej co kiedyś chęci do pisania, bo nie mam nic ciekawego do zaoferowania czytelnikom. To, czym żyję, moje myśli, spostrzeżenia, jakieś refleksje  nie są  warte zapisania, uwiecznienia. Ot, zwykły los przeciętnej kobiety. Trawestując klasyka:  Szarość widzę! Szarość! ;)

Letnie wspomnienie

Zima nadchodzi! Brrrrr!!!  Aż się boję rano wyjrzeć przez okno, żeby nie zobaczyć śniegu. Dlaczego nie urodziłam się gdzieś na południu Francji, Hiszpanii czy w innym ciepłym kraju? To jawna niesprawiedliwość losu. Kocham wiosnę, a najbardziej ten moment, kiedy na zielonych trawnikach kwitną żółte mlecze. Kocham lato, ciepło, morze, letnie sukienki, otwarty całą dobę  balkon i kwiaty, które na nim kwitną.  A lato tego roku było piękne, bo tam gdzie byłam, pogoda bardzo dopisała.

Ostatni urlopowy akcent to wypad z mężem do moich ukochanych Międzyzdrojów.  Wypad udany dlatego, bo w ogóle do niego doszło i zobaczyłam  Bałtyk, a poza tym, a może przede wszystkim dlatego, że zupełnie niespodziewanie spotkaliśmy człowieka, którego podziwiam i lubię od lat. Szliśmy promenadą od strony parku i nagle usłyszałam dźwięki gitary, a chwilę potem piosenkę śpiewaną po rosyjsku. W Międzyzdrojach często spotyka się różnych artystów, popisujących się swoją sztuką, ale tym razem głos wydał mi się znajomy. I nie myliłam się. Na placu przed wejściem na molo siedział sobie skromnie Lech Dyblik. Siedział, rozmawiał z ludźmi, grał na gitarze i śpiewał rosyjskie pieśni i piosenki. Od lat uwielbiam tego aktora, choć zwykle grywa tylko niewielkie epizody. Szkoda, że żaden z reżyserów nigdy nie dał mu szansy na rozwinięcie skrzydeł, ale najwyraźniej nikt nie chciał ryzykować. Może to i dobrze, bo grając niewielkie role Lech Dyblik ma czas na śpiewanie i na spotkania z ludźmi, którym pomaga. Każdy ma w życiu jakąś rolę do zagrania i być może ta, którą gra na co dzień, jest dużo ważniejsza od tych wszystkich, które stworzył na scenie.

Przed pierwszym listopada

Juz od trzech lat październik spędzam w Bawarii i stąd jadę na 1.  listopada na groby bliskich – rodziców, dziadków, wujków, a w tym roku po raz pierwszy miałam odwiedzić tam kuzyna. Niestety, w tym roku nie pojadę. Tydzień temu zarezerwowałam sobie przejazd busem w systemie door to door. Rezerwacja została przyjęta i potwierdzona. Wyjazd miał być dziś o 11. Raniutko pobiegłam po ostatnie zakupy dla męża i Frau, pożegnałam się z sympatyczną panią w sklepie słowami „bis Weihnachten” i przed 11  byłam gotowa do drogi. Minęła 11, a busa ani widu, ani słuchu. Zwykle jest tak, że kierowca uprzedza o swoim przyjeździe jakieś 15-20 minut wcześniej. Skoro on nie zadzwonił, zadzwoniłam ja. W słuchawce komunikat, że „abonent prowadzi w tej chwili rozmowę”.  Za którymś razem odebrał. Pytam co się dzieje i słyszę:

– A! To pani z tego 96?… (96 to początek tutejszego kodu pocztowego). To ja zaraz do niego ( w domyśle: kierowcy busa) zadzwonię, dowiem się, gdzie jest i oddzwonię do pani.

Jak się pewnie domyślacie, nie oddzwonił. Przestał również odbierać telefony ode mnie.

Tym sposobem zostałam uziemiona tu na kolejne dni. Nie pojadę na wieś, nie spotkam się z moją ukochaną ciocią Jancią, z kuzynką i całą bliższą i dalszą rodziną. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mi jest przykro.

***

Lubię cmentarze. Nie tylko nasz szczeciński – największy w Polsce, jedno z największych na świecie miejsc wiecznego spoczynku. Lubię cmentarz Łyczakowski we Lwowie, warszawskie Powązki. Lubię małe, wiejskie cmentarze i ten w mojej wsi na Dolnym Śląsku.  Lubię chodzić cmentarnymi alejkami, odczytywać inskrypcje, przyglądać się rzeźbom zdobiącym groby. Ostatnio, kiedy zwiedzaliśmy cmentarz w Coburgu, wzruszył mnie widok bardzo surowej płyty z ledwie obrobionego kamienia, na górze której przysiadł piękny metalowy ptaszek… Przysiadł, przycupnął  i został na wieczność. Może pochowana w tym grobie osoba lubiła karmić ptaszki?… 

I w Szczecinie, i na wsi mam swoje ścieżki do przejścia i ludzi do odwiedzenia. Zwykle najpierw idę do rodziców męża. Potem zapalam światełko na grobie jego pierwszej dziewczyny. Potem u Grześka, który nie poradził sobie z rzeczywistością i  kilka lat temu, w Dzień Zaduszny rozstał się z tym światem na własne życzenie. Potem Michałek, który siedział w przedostatniej ławce przy oknie i któregoś dnia, wracając ze szkoły, biegł na oślep do tramwaju. Potem wujek i ciocia męża, a na koniec Gośka-Anka, z którą skakałam w gumę na podwórku… Potrzeba dnia, żeby ich odwiedzić. 

Drugidzień to wizyta u mojego Profesora od łaciny i francuskiego, mojego dyrektora-mentora, któremu zawdzięczam zawodowe dojrzewanie, u Krzysia, który ponoć kochał się we mnie przez całe liceum, ale powiedział mi o tym 25 lat później i u Iwonki, która kiedyś była moją uczennicą, a potem została przyjaciółką. Ile wspomnień, ile dobrych uczuć, ile ciepłych słów i cichych łez pojawia się w tych miejscach…

Na wsi… Cóż… Sami swoi…

I tu, i tam teraźniejszość przeplata się z moim dniem dzisiejszym.

***

Marekbył muzykiem. Życie miał barwne, często trudne. Był mądry, błyskotliwy. Miał niebanalne poczucie humoru. Jak się zakochał, to musiał się ożenić. Żonom był wierny. To one go zostawiały. Chyba nie miał im tego jakoś specjalnie za złe.  Marek potrafił się przyjaźnić. Kochałam go całym sercem. Niejeden wieczór przesiedzieliśmy w kuchni pewnego pubu rozmawiając o wszystkim, a czasem o niczym. To on pewnego dnia powiedział do mojego Osobistego Narzeczonego:

– Ty! A dlaczego Ty się nie żenisz?  Mącisz dziewczynie w życiu i co dalej?

I tak został świadkiem na naszym ślubie. :) 

Marek chorował cicho i dyskretnie. Mieszkał wtedy bardzo daleko od nas, więc przychodziło  mu to łatwiej niż gdyby był w tym samym mieści. Wymawiał się od spotkań. Kiedy odszedł, żona nikogo (może poza najbliższą rodziną) nie powiadomiła.  Wieść jednak się rozeszła. Były wspominkowe audycje w lokalnym radiu, był koncert poświęcony pamięci Marka.  Zabrakło tego jednego – ostatniego pożegnania. Nie było pogrzebu.  Nie mam mu gdzie postawić świeczki…

Licznik się kręci…

Licznik kręci się dzień i noc, zielone pole jest coraz szersze, liczba ofiarodawców zbliża się do osiemdziesięciu tysięcy, a nadzieja na ratunek dla Filipka rośnie. Zostały jeszcze cztery dni i wierzę, że uda się zebrać potrzebną kwotę. Ludzie są dobrzy. Po prostu. Te wpłaty cieszą i wzruszają. Ktoś przesyła anonimowo 4,85 zł i pisze, że tylko tyle miał na koncie. Może sprawdził, że ma jeszcze w domu trochę chleba, jakieś ziemniaki czy kaszę, więc mu starczy jedzenia, żeby doczekać do wypłaty czy emerytury? To ten wdowi grosz. Ktoś oddał choremu dziecku wszystko, co miał. Ktoś inny pisze, że nie ma wiele, więc niewiele daje, ale będzie się modlił. Rekordową kwotę, zaskakująco dużą, wpłacił ktoś anonimowo. Ponoć zaskoczenie rodziców Malucha było przeogromne!  Każdy dzieli się tym, co ma. A jak ktoś nie ma, to chociaż udostępnia informację. To też dużo. Na początku udostępnień na fb było niewiele – tyle, ile jest rodziny i znajomych. Dziś to około trzydziestu ośmiu tysięcy! No i media. Na początku trudno było kogokolwiek zainteresować problemem, ale po pierwszej publikacji w tv wszystko ruszyło jak lawina. Ludzie są dobrzy. Naprawdę.

I tylko czasami pojawia się myśl, że przecież wszystkie dzieci w Polsce są ubezpieczone i powinny mieć zapewnione leczenie za darmo. To państwo powinno zapłacić za leczenie dziecka za granicą, jeśli u nas nie ma takiej możliwości. Bo te pieniądze są. Tyle tylko, że idą na inne cele, do innych ludzi. Niestety, przeważnie tam, gdzie nie powinny. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego, co czują rodzice, kiedy patrzą na swoje umierające dziecko i mają świadomość, że mogłoby żyć, gdyby mieli pieniądze, bo ratunek jest kilkaset kilometrów od miejsca, w którym żyją. I mają też świadomość, że ktoś dostaje od państwa miliony na realizację swoich wymysłów, a oni muszą wyciągać rękę do obcych po pomoc. Nie tak powinno być!

Wierzę, że Filipkowi się uda. Za kilka lat, kiedy podrośnie, będzie grał z tatą w piłkę i będzie chodził na randki z dziewczynami.:)))

Serdecznie dziękuję wszystkim Wam za wsparcie!


https://www.siepomaga.pl/filip-banas

Deszczowy tydzień

Właśnie mija druga niedziela  mojego pobytu w Obcych Landach. Zaczęło się paskudnie, bo od awarii samochodu. Niestety, dość kosztownej. Ale pieniądze są po to, żeby je wydawać, więc nie rozpaczamy.  Gorzej, że pogoda jest fatalna. Nie ma dnia bez deszczu, ciągle wieje, a temperatura nie przekracza w dzień 15. stopni. Mowy nie ma o pracy w ogrodzie. Jedyne, co mi się udało zrobić między kolejnymi ulewami, to powyrywać przekwitłe rudbekie.  Powinnam jeszcze poprzycinać niektóre krzewy, ale  ciągle są mokre, więc cierpliwie czekam na sprzyjający moment.   Gdybym była u siebie, na pewno mniej by mi ta paskudna jesień przeszkadzała. Tu, mimo że jestem już siódmy czy ósmy raz, nie czuję się swobodnie.  Oprócz codziennych drobnych zajęć  domowych nie mam co robić.  Trochę czytam. Ostatnio reklamowane „Córki Wawelu” Anny Brzezińskiej i kryminalną fińską trylogię J.K. Johansson „Laura”, „Noora”, „Venla”. 

Po”Córkach Wawelu” spodziewałam się więcej. Fabuła, dość prosta, żeby nie powiedzieć infantylna, przeplata się tu ze stricte naukowymi wtrętami. Między tymi elementami narracji nie zachowano jakichś sensownych proporcji i przez to treść bywa momentami nużąca. Trzeba jednak przyznać, że autorce udaje się zręcznie przechodzić od fabuły do informacji naukowych. Doczytam do końca, ale bez zachwytu.

Fiński kryminał jest interesujący nie tyle ze względu na intrygę, co na realia, w jakich się rozgrywa. Zupełnie nie znam ani Skandynawii, ani Skandynawów. Coś tam wiem o życiu w Szwecji, Danii czy Norwegii, ale jest to wiedza pochodząca jedynie z mediów. O Finlandii wiem tyle, ile nauczyłam się sto lat temu w szkole. Tym ciekawiej czyta mi się historię osadzoną w realiach małego fińskiego miasteczka. 

Oczywiścieczytam też Wasze blogi. 

Poza czytaniem mam swoje krzyżówki, służące gimnastyce umysłu. Staram się rozwiązać przynajmniej jedną dziennie, bo z moją pamięcią różnie bywa. Są pewne przypuszczenia skąd się owe kłopoty biorą, ale ponieważ na przeszłość nie mam wpływu, to staram się zadbać o przyszłość.

W ostatnich dniach staram się też choć trochę pomóc w zbiórce pieniędzy na leczenie Filipka. Bardzo dziękuję Roksanie i Stokrotce za wsparcie akcji. Dziś w Faktach Wrocław był krótki reportaż o sytuacji Filipka. Czy zaowocuje to wpływami na konto? Trudno powiedzieć. Mamy nadzieję, że tak się stanie. 

Jeśliktoś zechce wiedzieć więcej proszę kliknąć


https://www.siepomaga.pl/filip-banas 

Żeby obejrzeć reportaż, trzeba wejść na stronę Fakty Wrocław.

Wdowi grosz…

Mamy w dalszej rodzinie wielkie zmartwienie i jeszcze większy kłopot. Półtora roku temu urodził się chłopczyk, u którego w trzeciej dobie życia zdiagnozowano nowotwór. Nie będę opisywała całej drogi przez mękę, którą przechodzi i dzieciaczek , i cała jego rodzina. Kto ma choć trochę wyobraźni, temu taka relacja nie jest potrzebna. 

Możliwościleczenia w Polsce już się skończyły. Na szczęście dziecko zostało zakwalifikowane do leczenia w Niemczech. Ma to kosztować ogromne pieniądze, które trzeba zebrać w ciągu kilkunastu dni. Zbiórka jest prowadzona przez pewną fundację i na fb można obserwować jej przebieg. Patrzę i przez pół dnia ryczę, kiedy widzę wpłaty po 5 czy 7 złotych.

Ile dobroci musi być w sercu człowieka, który dzieli się być może ostatnim groszem!