Po nieprzespanej nocy

Urodziłam się zaledwie kilkanaście lat po wojnie i chyba od zawsze chciałam tylko jednego – spokoju wokół. Moje dzieciństwo takie właśnie było.  Spokojne. Żyło się skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Jedne buty na zimę, tenisówki na lato, sandałki malowane Wilbrą na niedzielę, a na co dzień kromka chleba posypana cukrem i pochlapana wodą, żeby ten cukier nie spadł.  Jak horroru słuchałam rozmów dorosłych o wojnie w Wietnamie, o czołgach w Pradze, ale to nie burzyło mojego dziecięcego spokoju. Był chleb i było dobrze.

A potem były lata siedemdziesiąte. Już coś tam rozumiałam, a przynajmniej starałam się rozumieć, ale jeszcze nie dotykało mnie to tak bardzo, bo ważniejsza była szkoła, przyjaciele, książki, teatr. Świat dorosłych i świat polityki był, ale obok. No i przyszedł rok 1980. Dla mnie bardzo ważny. Wtedy urodziło się moje dziecko.  Młode mamy, spotykając się na spacerach, często pytają:” A kiedy synek/córeczka się urodził/-a?” Ja na to pytanie często odpowiadałam:”Przed samymi strajkami.”  To pokazuje, jak bardzo ważne były to wydarzenia. Pamiętam, jak każdego ranka, o szóstej, słuchałam radiowych wiadomości i  z jakim uczuciami czekałam na informację, że Porozumienia zostały podpisane. W swojej naiwności, żeby nie powiedzieć – bezgranicznej głupocie – myślałam, że teraz to już będzie dobrze. Że już będę żyła w spokoju. Co było dalej, wszyscy wiemy.

Od jakiegoś czasu znowu miałam nadzieję, że moje marzenie o życiu w kraju, w którym nie muszę interesować się polityką, może się ziścić. No i figa z makiem. Dziś mam prawie sześćdziesiąt lat. Jak mawia mój przyjaciel „Czas korzystać z życia, bo to nasza ostatnia dekada.” Tylko jak mam z tego życia korzystać? Jak mam żyć spokojnie, kiedy wokół trwa demolka? Wyjechać?  Zamknąć się w domu? Odciąć od świata, udając, że on nie istnieje?  Zawsze będę głośno mówić, co myślę, ale co to da? Dlaczego, żeby państwo w środku Europy funkcjonowało na cywilizowanych zasadach, ludzie w moim wieku, ale i starsi i młodsi również, muszą stać w nocy ze zniczami pod Sejmem, odgrodzeni od wybrańców narodu barierkami i kordonem policji? Mam dość. Najchętniej bym nie wracała do Polski. Ale wrócę. Tym razem jeszcze wrócę.

Przepraszam za tę wynurzenia, ale w nocy oglądałam relację z posiedzenia czegoś, co było nazwane Komisją Sprawiedliwości.

Samo mi się myśli

Dziś był pierwszy od tygodnia pogodny dzień. Po południu zrobiło się wręcz gorąco. W słońcu temperatura przekroczyła 30 stopni. Czekałam na taką pogodę, żeby bez przeszkód popracować w ogrodzie. W ubiegłym tygodniu co chwilę przeganiał mnie deszcz. Ogród nie jest duży, a i tak największą powierzchnię zajmuje trawnik. Jest trochę róż, trochę różnych iglaków, kilka krzewów wiśni laurowej, budleja, japońskie drzewko  z brązowymi liśćmi i rudbekie. Każdy krzew ma inny odcień zieleni. Tak sobie to zaplanowała przed laty Frau. Dziś ma 86 lat i już trzeci rok jest niepełnosprawna. Odkąd porusza się tylko na wózku inwalidzkim, wymaga całodziennej opieki. Na swój ogród spogląda z balkonu i boleje nad tym, że nie może o niego sama zadbać. Zanim zaczęłam tu przyjeżdżać, czyli przez pierwsze lato niepełnosprawności Frau, ogrodem zajmowała się córka. To dość specyficzna osoba. Jest jak tornado – wpada  do ogrodu, przycina, kopie, wyrywa, a potem szybko zmyka, pozostawiając po sobie trudny do przewidzenia bałagan. Ten typ tak ma i już:) Ostatnio po jej wizycie pod kosodrzewiną znalazłam szpadel, a przy oczku wodnym liście leszczyny, którą przycinała. Przycięła, część śmieci sprzątnęła, a część nie. Po prostu. Frau w takich razach kręci głową i powtarza: „Tipische Birgit!” Jest trochę roztrzepana, ale bardziej chyba zalatana, bo ma sporo obowiązków i męża „dyrektora”.

No więc od dwóch lat ogrodem zajmuję się ja. Przycinam krzewy, wapnuję i nawożę trawnik, żeby nie było mchu i tępię chwasty. Bo w ogrodzie Frau nie ma racji bytu nic, co nie zostało zasadzone ludzką ręką.  Ponieważ  mam dokładnie taki sam stosunek do wszelkiego zielska, to  wyciągam z ziemi wszystko, co zielone i co uda mi się okiem nieuzbrojonym zauważyć. To mozolna i powolna robota. Najwolniej idzie mi zawsze wydłubywanie roślinek spomiędzy kostki na podjeździe. Nie uznaję chemii, więc całymi godzinami siedzę sobie na gąbkowej poduszce i nożem wyciągam jakieś ledwie widoczne roślinki, które zwykle mają długaśne korzenie.

Jak tak siedzę i dłubię, to różne myśli przychodzą mi do głowy.  I zawsze, choćbym nie chciała, zaczynam myśleć o moim tacie.

Miał 17 lat (tyle co teraz moja najstarsza wnuczka), kiedy został wywieziony do Niemiec i przez trzy i pół roku pracował w tartaku pod Hanowerem. Rzadko mówił o tamtym czasie. Tam nauczył się niemieckiego, ale po wojnie używał go tylko w czasie studiów, na lektoracie. Jednak do końca życia, kiedy musiał coś pomnożyć, robił to na palcach i po niemiecku. Tak się nauczył, bo  kiedy liczył drewno, Niemiec musiał go rozumieć.  Pracował ciężko, jadł byle co, a barak mieszkalny był taki, że przez dach zawsze było widać gwiazdy. Latem i zimą.

No więc kiedy tak wybieram spomiędzy kostki brukowej roślinkę po roślince, to samo mi się myśli o moim tacie i o wszystkich, którzy te  niemal 80 lat temu byli tu niewolnikami.

Taka data

Siedzę sobie od tygodnia w Bawarii i jestem nieco odcięta od świata. Po niemiecku, jak wiecie, nie gadam, rozumiem niewiele, polskiej tv nie oglądam, a że dzień podobny do dnia to i daty jakoś umykają mojej uwadze. Dziś jednak zwróciłam uwagę na to, że jest 14. lipca, bo czytałam o urodzinach pewnej lubianej aktorki.  No i naszły mnie osobiste refleksje, bo dokładnie 38 lat temu popełniłam największe głupstwo w swoim życiu. Zupełnie niepotrzebni, głupio i wbrew zdrowemu rozsądkowi wyszłam za mąż. Byłam bardzo młoda, zaledwie po pierwszym roku studiów, i – niestety – zakochana. Tym się usprawiedliwiam. Jednak miałam rodziców, którzy byli dorosłymi, naprawdę niegłupimi  ludźmi i nijak nie mogę zrozumieć, że nie wybili mi z głowy tego małżeństwa.  Na tyle poznali mojego przyszłego męża, że powinna im się była zapalić jakaś lampka w głowach!  Najlepiej czerwona! I alarm ostrzegawczy powinien im się był włączyć! A tu nic! Pełne przyzwolenie na to, żeby sobie dziecko elegancko i w majestacie prawa spieprzyło życie!  Nigdy nie zrozumiem dlaczego nie wzięli wtedy miotły i nie pogonili tego mojego absztyfikanta na cztery wiatry. Albo żeby chociaż wyrazili zgodę na to szaleństwo, ale po moich studiach. Bez ich zgody za ten mąż bym nie wyszła, a do końca studiów było na tyle daleko, że na pewno by mi przeszło. Dziś to wiem.

Było – minęło. Szkoda tylko straconego czasu i zdrowia. 

Wymuszone wakacje

Ledwie półtora miesiąca posiedziałam w domu i znowu ruszam w drogę. Najpierw do kuzynki, a potem do męża. Jak zwykle niezwykle niechętnie. Pociąg mam o 7.27, więc wstać muszę około 5 rano. Może w ogóle nie powinnam się kłaść? Kilka minut po 12.00 będę w moim Powiatowym Mieście, tam  grzecznie poczekam 3,5 godziny na autobus PKS i po 27 minutach w końcu dotrę na miejsce.  W sumie to nie bardzo wiem, po co tam jadę. Z kuzynką i ciotkami mam stały kontakt telefoniczny, mąż wraca do domu pod koniec miesiąca, więc ta moja wycieczka jest naprawdę bez sensu, ale jestem nieasertywna i dałam się przymusić.

Zdecydowanie bardziej wolałabym zostać w domu i zajmować się swoimi sprawami.  Im jestem starsza, tym mniej chce mi się wychodzić z chałupy. Może dziwaczeję? Tak czy inaczej to jeden z moich ostatnich wyjazdów. Odpracuję jeszcze wakacyjną eskapadę z mężem i szlus! Do wiosny, a może nawet do lata nie ruszę się z domu na dłużej niż jeden dzień.

A póki co  pozałatwiałam wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy, wysprzątałam na błysk mieszkanie,  wyprałam i wyprasowałam wszystko, co mi wpadło w ręce, oddałam książki do biblioteki, zaopatrzyłam się w kod do aplikacji Legimi, kupiłam bilet i… usiadłam do komputera, żeby trochę pomarudzić.

Pobyt u męża zamierzam poświęcić na spisywanie rodzinnych historii. Ponoć jestem tą, która zna najwięcej  opowieści sięgających nawet stu lat wstecz, bo byłam najbliżej z naszą babcią, która twierdziła, że „Najlepiej to było za cysorza”. Zaś na pytanie „Dlaczego?”, odpowiadała: „Bo miałam wtedy czternaście lat!” :)

Mobilizuję do rejestrowania takich wspomnień mojego wujka i ciotki. Fajnie się konfrontuje to, co zapamiętali odnośnie tych samych sytuacji.

Słoneczka Wam życzę:)))

* * *

Coraz rzadziej tu zaglądam. Jeśli już to tylko po to, żeby poczytać, co tam u Was ciekawego się dzieje.  Czasem nawet pomyślę, że warto by o czymś napisać, ale za chwilę przychodzi refleksja, że przecież tym swoim wpisem niczego ciekawego ani istotnego nie wniosę, więc po co?

Życie płynie dość monotonnie, bez głębszego sensu i specjalnych wrażeń. Czasem nawet nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. Co robię całymi godzinami? W zasadzie nic. Poza tym, co niezbędne czyli przygotowywaniem sobie jak najprostszych posiłków, sporo czytam, rozwiązuję krzyżówki, czasem coś obejrzę w telewizji. Ale bardzo rzadko, bo nie lubię. Po wakacjach w ogóle rezygnuję z tv. Nie chcę, żeby mi się do głowy sączył ten brud.

W czasie długiego weekendu miałam gości. Dla mnie to coś wyjątkowego, bo niezwykle rzadko odwiedza nas ktoś z rodziny. Zawsze im za daleko. Tym razem, niejako przy okazji, które stworzył im los, przyjechały do mnie dwie dziewczyny (czytałam, że to słowo jest ponoć wyrazem lekceważenia kobiety!). Jedna to moja cioteczna siostra Ania, a druga – cioteczna bratanica Kasia, czyli córka mojego zmarłego 11 lat temu ciotecznego brata. Fajne dziewczyny, ale obie potyrpane nieźle przez życie. Obie jakoś sobie nie mogą poradzić z przeszłością. Wloką za sobą ten worek krzywd i nieszczęść i nijak nie mogą się go pozbyć. Jak już go gdzieś upchną, to i tak za jakiś czas wyciągają go, żeby zajrzeć i przypomnieć sobie, co też tam schowały. I z jedną, i z drugą łączą mnie nie tylko rodzinne historie, ale i podobne doświadczenia, więc przy mnie zaglądają do owych worków jakoś chętniej. Chętniej przeglądają ich zawartość, porównują, analizują. A mnie to męczy. Ja nie chcę się w tym babrać. Zapomniałam. Wyparłam. Nie chcę pamiętać.

Ale i tak cieszę się, że były.

Za kilka dni wyjeżdżam. Zaczynają się moje dłuuuuugie wakacje. Najpierw do kuzynki. głownie po to, żeby odwiedzić moje dwie stare ciocie. Jedna ma 76, a druga 81 lat. Każda okazja do spotkania jest tym bardziej cenna, im są starsze.

Potem jadę do męża. Zupełnie bez sensu, bo po trzech tygodniach wracamy razem do domu. Zdecydowanie wolałabym spędzić te trzy tygodnie w domu, ale niejako wymusił na mnie ten przyjazd. Ale to nie koniec mężowskich pomysłów. W tym roku wykombinował sobie wakacyjny wyjazd do Belgradu. Przez Pragę i Brno, a w drodze powrotnej Kraków. Zła jestem z tego powodu już od marca. Nienawidzę podróży, wyjazdów licho wie po co i dokąd. Był sobie Belgrad beze mnie tyle tysięcy lat, to i do końca świata mógłby istnieć bez mojej tam obecności. Ale nie! Mój mąż zadbał o to, żebym się tam pojawiła. Już mu zapowiedziałam, że to ostatnie takie wakacje. Nigdy więcej wyjazdów dalej niż 100 km od domu. Już się wystarczająco najeździłam.

Za oknem na przemian deszcz, wiatr i słońce. Cieszą się działkowcy, bo wszystko rośnie, jak na drożdżach. Gorzej mają urlopowicze nad morzem. Mnie taka zmienna pogoda bardzo odpowiada, bo jest czym oddychać.

Rozrywka nie do końca umysłowa

Miałam może z pięć lat, kiedy dowiedziałam się, że na świecie istnieją krzyżówki.  Nie takie zwierzątka jak muł, ale takie do rozwiązywania. Pewnego razu wujek zapytał jak inaczej można powiedzieć na płot, a ja dzięki temu odkryłam wyraz bliskoznaczne i możliwość ich wykorzystania  do wpisywania w krateczki. Od tego dnia zawsze męczyłam go, żeby mi dawał takie wyrazy „do zgadywania”. Kiedy nauczyłam się pisać, maniakalnie rozwiązywałam krzyżówki w pisemkach dla dzieci, a potem w Rozrywce. Każda krzyżówka była przygodą. Trzeba było szperać w encyklopedii, w atlasach i słownikach. Czasem nieźle się musiałam nabiedzić, zanim rozwiązałam wszystkie hasła. Na moim stole leżała Rozrywka, stosy książek, w kubeczku ołówki o odpowiedniej twardości i oczywiście gumka. Trochę naśladowałam w tym mamę, przed którą żadne zadanie nie miało tajemnic – krzyżówki wszelkich typów, szarady, rebusy – rozwiązywała wszystko jak leci i rzadko korzystała ze źródeł. Naprawdę byłam pełna podziwu dla jej wiedzy i analitycznych umiejętności.

Do dziś kupuję pisma szaradziarskie. Lubię Jolki, swatki i  panoramiczne. Najbardziej lubię  takie, które wymagają niestandardowego myślenia, skojarzeń. Ale dziś rozwiązywanie krzyżówek przestało mieć posmak przygody. Nie znam rozwiązania hasła? Trudno. Od czego jest wujek Google i ciocia Wikipedia? Oni wiedzą wszystko i zawsze chętnie podpowiedzą. Rozwiązuję krzyżówki na pewnym znanym portalu, ale już mnie to tak nie cieszy, jak kiedyś. To już nie jest rozrywka stricte umysłowa. Takie czasy, że wszystko jest w zasięgu ręki. Nazwa Botswany do 1966 roku też.

Ludzie w busie

I znowu w domu. Przyjechałam we wtorek po południu. Podróż miałam w miarę przyjemną, bo w busie było nas tylko sześcioro. Przy dziewięciu osobach jest niewygodnie, bo ciasno i często duszno. Zwykle każdy oprócz walizek, które są w bagażniku,  ma jeszcze jakieś torby, torebki, zimą ciepłe kurtki, poduszki- jaśki, bo niektórzy jadą nawet  kilkanaście godzin i wtedy każdy marzy  o tym, żeby przytulić głowę do jaśka wetkniętego między pas bezpieczeństwa i głowę.Busami podróżuje „opiekunkowo” i „budowa” czyli panie, które pracują w Niemczech jako opiekunki starych ludzi i panowie, pracujący w różnych firmach budowlanych. Mężczyźni są  zwykle młodzi. Tak do 35 – 40 lat, bo praca na budowie to nie przelewki. Panie to najczęściej emerytki, ale bywają też młodsze. Zwykle są to matki dorastających dzieci, które mają ciągle rosnące potrzeby, czasem któraś zarabia na remont domu czy mieszkania. Inne mają na głowie męża-pijaka,  niespłacone kredyty albo komornika.  Dla jednych praca w Niemczech jest jednorazową przygodą, inne jeżdżą tam latami. Pracują w polskich firmach, które pośredniczą w zatrudnianiu opiekunek, zwykle nieźle na tym zarabiając. Te bardziej zdeterminowane decydują się na pracę na czarno. Bywa, że jest to praca w ciężkich warunkach – przy bardzo uciążliwym podopiecznym, do którego nikt z żadnej firmy nie chce przyjechać. Zdarzają się też bardzo nieprzyjemne rodziny podopiecznych. Rozmawiałam  kiedyś z kobietą, która pojechała na czarno do opieki nad jedną osobą. Na miejscu okazało się, że podopiecznych jest dwoje – oboje z poważną demencją. I trzy osoby do opieki było by mało, bo starszy pan notorycznie uciekał z domu, a pani potrafiła brać kąpiel w oczku wodnym. Jeśli jedno w nocy spało, to drugie chodziło po domu i trzeba było czuwać, żeby nie doszło do jakiegoś nieszczęścia. Zdarzało się, że starsza pani coś schowała i oskarżała opiekunkę o kradzież, robiła karczemne awantury. Pytam, dlaczego w tej sytuacji nie wróciła do domu? Odpowiedź była prosta: „Nie miałam pieniędzy nawet na podróż.”

Zwykle opiekunka ma zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Nie oznacza to jednak, że może kupić w sklepie to, na co ma ochotę. W pewnym domu pod Hanowerem pan robi zakupy na weekend na trzy osoby i są to: dwa sznycle, które każe opiekunce podzielić na cztery, do tego dwa pomidory i mały bochenek chleba. Na sugestię, że może by tak opiekunka kupiła sobie jakiś jogurt, podopieczny stwierdził, że jak chce, to niech kupi, ale za swoje, bo przecież u niego zarabia.

Bywają też inne historie. Jedna z dziewczyn, którą spotkałam kiedyś w busie była samotną matką. Uwolniła się  od męża, który pił i bił, ale nie miała gdzie mieszkać. Udało jej się znaleźć pracę opiekunki gdzieś w bawarskiej wiosce. Nie znała języka, nie bardzo wiedziała dokąd jedzie, ale nie miała wyjścia. Spakowała siebie i dziecko i tak stanęła na progu domu pewnego niestarego jeszcze  pana, chorującego na SM. Dom był daleko za wsią, tuż przy lesie. Opowiadała, że bardzo się bała, ale nie miała wyjścia.  O dziwo, pan nie protestował przeciwko obecności dziecka.  Na początku porozumiewali się przy pomocy elektronicznego tłumacza. Po kilku miesiącach komunikacja wyglądała już nieco lepiej. Najszybsze postępy w niemieckim robiła córeczka tej pani. Ona sama też wiele pracy wkładała w naukę języka. Pomocny był Internet, miejscowe gazety, sprzedawczyni w wiejskim sklepie. Trwało to około dwóch lat, po których podopieczny zaproponował swojej opiekunce małżeństwo. Stwierdził, że nie ma rodziny, a szkoda, żeby dorobek jego życia kiedyś przejęło państwo. I tak opiekunka wyszła za mąż za swego podopiecznego. Kiedy mi o tym opowiadała, słyszałam w jej głosie i wdzięczność, i radość, i poczucie bezpieczeństwa. Było w jej opowieści wiele  ciepła i chyba miłości do męża – człowieka, który  dał jej to, o czym kilka lat temu nie śmiała nawet  marzyć.

Ile ludzi – tyle historii.

Miałam pisać o swoim powrocie, o pobycie, ale nie wyszło. Bywam dygresyjna i nic na to nie poradzę:)

Byłam Karoliną

Głośno się zrobiło o przemocy domowej odkąd pewna Karolina zdobyła się w akcie desperacji upubliczniać nagranie jednej z awantur, które urządzał jej mąż.  Widziałam, jak w programie ”Uwaga” ten potwór ze łzami w oczach mówi, że to nagranie „nie odzwierciedla jego osobowości”. Gdyby za tę rolę dawali Oskara, on by go dostał na pewno.

Byłam taką Karoliną. Nigdy nie pisałam o tym wprost, choć nie mam już problemu z nazywaniem rzeczy po imieniu. Wydawało mi się, że mam to już przepracowane, załatwione. Minęło ponad dziesięć lat. Przeszłam terapię, ułożyłam sobie życie. Ale są chwile, kiedy demony wracają. Nie. Nikt mnie nie bił. Nawet  krzyków nie słyszałam. Wulgaryzmów też niewiele. Nawet nie wiem od czego się zaczęło.  Skończyło się tym, że oddawałam mu swoją pensję, a on mi wydzielał pieniądze na domowe wydatki. Przepraszam! Nie wszystko mi odbierał. Dostawałam końcówkę pensji. W jednym roku było to 35 złotych, w innym 60. To było na moje fanaberie. Ludzki Pan, prawda?

Do domu musiałam wracać zaraz po pracy. Żadnych koleżanek, żadnych wyjść. Bywało, że mnie śledził! Raz zdarzyło się, że  w jakimś amoku groził mi bronią. Straszył, że najpierw zabije dziecko, a potem mnie.  Potem wystarczyło, że po powrocie z pracy kładł broń na widoczunym miejscu. Choćby był nie wiadomo jak miły, ten widok był jak memento…

Był chorobliwie zazdrosny, więc ograniczyłam swoje kontakty z ludźmi do absolutnego minimum.  Nigdy nie wiedziałam, co będzie powodem kolejnej awantury.  Kiedyś odbierał mnie ze szpitala. Już na oddziale wiedziałam, że coś się święci. Czułam to. Przyjechał ze mną do domu, wniósł moje rzeczy i rzucił nimi przez cały przedpokój. Potem się okazało, że w rozmowie z nim lekarz powiedział coś w stylu „Ma pan sympatyczną żonę.” To był powód do urządzenia kolejnego piekiełka. Wyobrażacie sobie, że ja tego dnia, stojąc o dwóch kulach, ugotowałam i podałam obiad? Który oczywiście „nie nadawał się do jedzenia” i wylądował w koszu na śmieci.

Takich zdarzeń mogłabym opowiedzieć dziesiątki. O drobnych demolkach, rzucaniu szklanką czy pilotem od telewizora o ścianę, kopaniu psa nie ma co wspominać.

To trwało 18 lat. Niemal od ślubu aż do czasu jego wyprowadzki spowodowanej służbowym przeniesieniem do stolicy. Wtedy odetchnęłam. Jeszcze nieśmiało, ale jednak. Zaczęłam uczyć się żyć bez strachu, choć jeszcze pod kontrolą, bo np. dzwonił na stacjonarny telefon i sprawdzał czy jestem w domu.

Dlaczego milczałam? Dlaczego nie odeszłam? Wiele przyczyn się na to złożyło.

Po pierwsze wychowanie. W dzieciństwie zawsze byłam chwalona przez ojca za to, że jestem posłuszna. No to się starałam.

Po drugie reakcja mojej mamy na pierwsze pokazówki mojego męża (wtedy jeszcze mieszkaliśmy z moimi rodzicami). Usprawiedliwiała go, bo miał „stresujacą pracę i kompleksy z powodu wykształcenia” . Czemu to robiła? Przecież to nie była głupia kobieta. Powinna go była wtedy spakować w reklamówkę i wystawić za drzwi… Ona tego nie zrobiła, a ja dostałam sygnał, że powinnam bardziej się starać. No i starałam się długie lata. Tak się starałam, że pewnego pięknego dnia dostałam zapaści, wylądowałam w szpitalu, a kiedy okazało się, że ważę 43 kilo, to mądre doktora zaczęły szukać przyczyn. No i trafiłam do psychiatry.  To było w styczniu, a w czerwcu mój doręczyciel dostał awans i wyjechał.

Od tego momentu, przy wsparciu leków i terapii psychologicznej, zaczęłam stawać na nogi. Wiecie, ile wysiłku kosztowało mnie nauczenie się chodzenia z wyprostowany mi plecami? Przez lata chodziłam skulona:  głową pochylona, schowana między uniesionymi ramionami. To bolało, ale nie umiałam inaczej. Do dziś, kiedy np. w czasie kolacji biorę drugą kromkę chleba, czuję wewnętrzny opór, bo przez lata słyszałam ” Nie jedz tyle, bo będziesz gruba”. I do dziś ważę się rano i wieczorem. Taki nałóg. Mam też problem z wydawaniem na siebie pieniędzy. Wiele razy rezygnowałam z kupienia sobie czegoś, co może nie jest mi niezbędne, ale mogło sprawić przyjemność…

Ofiarą przemocy pozostaje się na resztę życia. Tego nie da się zapomnieć, wymazać. To wylezie w takim czy innym momencie. Tak jak u mnie teraz.

Czy przemoc można przewidzieć? Chyba nie. Jeśli na początku związku jest zauroczenie, zakochanie, to nie widzi się  tych momentów, które mogą być ostrzeżeniem. A nawet jak się widzi, to się usprawiedliwia, bagatelizuje.

Czy łatwo uciec od przemocy? Niestety, nie. Może komuś, kto jej nie doświadczył trudno to zrozumieć, ale tak jest. To fatalna więź ofiary z katem.

Jeśli znacie kogoś, kto ulega przemocy, nigdy nie mówcie: „To nie moja sprawa.” Reagujcie, rozmawiacie. Przemoc to nie tylko bicie i wyzwiska. Przemoc w białych rękawiczkach też istnieje. I bywa okrutniejsza od tej, która zostawia siniaki na ciele.

 

 

Nadzieja

Idzie wiosna. Idą święta. Takich jak tegoroczne jeszcze nie miałam. Moją rodzinę dotykały w ostatnim czasie same nieszczęścia. Odejście bliskiej osoby, choroby, strach o życie i to ostatnie – pożar domu.  Dość nagła śmierć kuzyna i  ta ostatnia tragedia spowodowała, że doceniamy to co najważniejsze – życie.  Niewiele brakowało, a zabrakłoby sześciorga spośród nas. Jednak Opatrzność czuwa i jesteśmy wszyscy. Choć nie przy jednym stole, to jednak jesteśmy razem. I to jest najważniejsze. Ktoś z przyjaciół zorganizował zbiórkę pieniędzy na najpotrzebniejsze zakupy i z każdym dniem widzę, że kwota rośnie. Ludzie wpłacają niewielkie sumy, ale każda złotówka to jedna cegła, kawałek nowego domu, nowego życia.  Ludzie są dobrzy…  Alleluja!

Życzę Wam na te nadchodzące święta przede wszystkim zdrowia. Ono jest najważniejsze. Życzę Wam też spokoju, radości i nadziei. Wesołych świąt!

Bez tytułu

Jakiej straty w życiu nie jesteście w stanie zaakceptować? Nie mówię o stracie bliskiej osoby. Myślę o rzeczach.

Myślę, że najtrudniej by mi było pogodzić się z utratą rodzinnych fotografii i innych rodzinnych pamiątek.

Dzisiejszej nocy jedna z moich kuzynem straciła wszystko, co miała. Spłonął jej dom. Od dziś nie ma zdjęć z dzieciństwa, ze ślubu, nie ma przedszkolnych rysunków dzieci,  pamiątkowych obrazków z pierwszej komunii.

Uratowano kilka ubrań, torebkę z dokumentami, łóżeczko i wózek czteromiesięcznego wnuczka. Zostali boso, bo buty stały w korytarzu, a oni uciekali z płonącego domu przez balkon.

Dom można odbudować lub wybudować nowy. Ubrania można kupić. Ale fotografie zniknęły bezpowrotnie. To tak, jakby zniknęła część życia.