Archiwa autora: maskakropka2

Pa!

Spróbowałam. Naprawdę spróbowałam eksportować bloga, choć od początku wiedziałam, że moje działania będą skazane na porażkę. Jakoś tam chciałam go zachować, ale  nie zamierzałam importować go w inne miejsce. Dlatego mój blog pójdzie w kosmos razem z wszystkimi innymi, których autorzy albo o nich zapomnieli, albo są tak samo zdolni, jak ja.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali. Dziękuję za wszystkie chwile poświęcone na czytanie tych nie zawsze przemyślanych wpisów, za wszystkie komentarze.

Będę do Was zaglądać.

Wszystkiego najlepszego!!!

 

Już w domu

No i jestem w domu. Nareszcie na swoim.

Ania napisała mi w komentarzu, że nie potrafiłaby tak żyć – raz tu, raz tam. A ja muszę potrafić. I tak mam szczęście, że mogę jeździć do męża, pracującego za granicą, bo większość małżeństw, w których jedno pracuje za granicą, żyje oddzielnie. Dzięki życzliwości Frau, zwiedziłam Bawarię,  i mogę być z mężem przynajmniej przez połowę jego kontraktu. Oczywiście ona też ma w tym swój interes, bo może liczyć na to, że opiekunowie nie zmieniają się co sześć tygodni, co  było by dla niej nie do zniesienia.

Nie lubię wyjeżdżać z domu. Męczą mnie wizyty u rodziny, męczą mnie wakacyjne wyjazdy dłuższe niż kilka dni. Niewątpliwie się starzeję;)  Lubię ten swój rytm, w którym wszystko ma swoje miejsce -  codzienne wyjście na fitness, kawka z koleżanką, czasem jakiś wernisaż czy  koncert, na którym można spotkać znajomych, wizyty w mojej osiedlowej bibliotece…

Już się nażyłam w tempie, już mam za sobą czasy, kiedy doba była za krótka. Już nie muszę marzyć o tym, żeby wieczorem nie nastawiać budzika. Teraz naprawdę żyję komfortowo. I oczywiście nie chodzi mi o posiadanie luksusowego mieszkania, super auta czy drogich ubrań, bo tego nie mam i mieć nie będę. Na wiele innych rzeczy też mnie nie stać. Mój luksus to możliwość dysponowania  czasem, możliwość odpoczynku wtedy, gdy tego potrzebuję. Luksus to możliwość czytania interesującej książki tak długo w nocy, jak mam na to ochotę i siłę, bo rano nie muszę wstawać. 

Ten komfort zakłóca jedynie konieczność wyjazdów, ale  nie jestem samotną wyspą. Bycie z kimś to zobowiązanie i czasem wymaga rezygnacji z własnych przyzwyczajeń i luksusu spania we własnym łóżku. ;)

Wracam!!!

Nareszcie! Jutro powrót do domu! Dziś ostatnie porządki, bo trzeba przygotować pokój dla pani, która przyjedzie na zastępstwo. Ostatnie zakupy, żeby nie zastała pustej lodówki. No i ostatnie pakowanie, żeby jutrzejszy ranek przeznaczyć tylko na zaznajomienie zastępczyni z obowiązkami, z domem i rytuałami Frau. Trochę się dziwię, że kobieta nawet nie zadzwoniła, żeby dopytać o warunki. Albo jest jest wszystko jedno, albo jest bardzo pewna siebie. Wie tyle, ile wyczytala w firmowej ankiecie.  Zwykle mąż zostawał dzień dłużej, żeby osoba, która go miała zastępować miała czas nauczyć się obsługi Frau, ale tym razem jest to niemożliwe, więc opiekunka będzie rzucona na dość głęboką wodę. Jakoś sobie na pewno poradzi. Najwyżej już na wstępie pozna humory Frau.;)  Niesamowicie cieszę się z powrotu do domu! Nareszcie moje kąty, moje łóżko, moja kuchnia!

  Jeszcze nie wyjechaliśmy, a Frau już pyta kiedy wracamy. 

Ja się tu już nie wybieram! Na bardzo długo mam dość Bawarii!

Bez tytułu

Historię, którą tu opowiem, znam z opowiadań mojej Babci. Już kilka razy przymierzałam się, żeby ją utrwalić, ale jakoś nie wychodziło. Myślę, że dziś przyszła pora.  Powtórzę ją  używając babcinych słów, więc proszę mi wybaczyć, jeśli niektóre nazwy nie są  zgodne z prawdą historyczną. 

Działo się to w małej podkarpackiej wsi prawdopodobnie w roku 1940. Moja babcia, rocznik 1903, była wtedy mężatką, matką dwóch córek. W roku 1941 przyszła na świat kolejna córka, a w październiku 1945 roku syn. Utrzymywali się z kawałka pola i tego, co udało się czasem zarobić Dziadkowi, który był cieślą i stawiał domy na zrąb. 

We wsi była karczma i sklep, których  właścicielem był Żyd. Nazwiska już nie pamiętam. Pewnego dnia we wsi pojawili się żandarmi (to jedno z tych babcinych określeń, które są dla mnie niejasne – nie wiem kim byli)  i kazali się żydowskiej rodzinie spakować, bo będą wywiezieni. Karczmarz pewnie domyślał się, jaki los ich czeka, bo wszystko co było cenne zawinął w węzełek i zaniósł do najbogatszego we wsi gospodarza, z którym był w dobrych handlowych relacjach. Miał tylko jedną prośbę do Ż. – żeby uratował jego syna, którego tego dnia nie było w domu. O swojej prośbie i zapłacie za nią karczmarz powiedział sąsiadom, żeby przekazali informację Lejbie, kiedy ten wróci.  Niemcy zabrali Żydów około południa, a wieczorem chłopak pojawił się we wsi. Kiedy powiedzieli mu, co się stało, pełen ufności poszedł do Ż.  A tam go wyśmiali, poszczuli psem i postraszyli, że jak go jeszcze raz we wsi zobaczą, to doniosą do żandarmów i pojedzie tam, gdzie jego miejsce. Lejba miał wtedy około 13-14 lat.  Nie wiem, kto mu tego dnia pomógł. 

Niemal do końca działań wojennych na tamtym terenie, czyli do stycznia 1945 roku, Lejba ukrywał się w lesie. Mieszkał w ziemiance. Wychodził z niej tylko nocą. Przychodził wtedy do wsi, a dobrzy ludzie dawali mu jedzenie. Pamiętam jak Babcia opowiadała, że masło dawała mu nie w garnuszku a zawinięte w liść kapusty, żeby w razie wpadki nikt nie wiedział, że to ona mu pomagała. Podobnie robili inni. W styczniu 1945 roku już było widać, że koniec wojny jest blisko, że Niemcy uciekają. I wtedy, pewnego styczniowego dnia we wsi pojawił się Lejba. Nie wytrzymał dłużej ukrywania się. Sytuacja była paskudna, bo jeszcze mieszkali tam Ż., którzy dowiedzieli się o jego powrocie ( uciekli tuż po oswobodzeniu tych terenów) i ludzie się bali, że  doniosą Niemcom, a za ukrywanie Żyda Niemcy mogli całą wieś spalić, a ludzi rozstrzelać. „Bo co to dla nich było.”- mówiła Babcia.

We wsi, (chyba) z nakazu okupanta, funkcjonowała wtedy instytucja, którą miejscowi nazywali „warta”. Polegało to na tym, że ( znowu chyba) codziennie inny gospodarz miał obowiązek obchodzić nocą wieś i meldować na posterunku wszelkie nieprawidłowości. Kiedy pojawił się Lejba, wartą był szwagier mojego Dziadka – M. Jego obowiązkiem było odprowadzenie Lejby na posterunek.  W domu M. zebrali się gospodarze, którzy usiłowali przekonać chłopaka, żeby wrócił do lasu, że wojna się zaraz skończy, żeby jeszcze trochę wytrzymał. Ale on się uparł, że nie. Godził się na to, żeby go odprowadzić na posterunek, „bo to już koniec wojny, Niemcy uciekają i nie na pewno nic mu już nie zrobią, bo kto by sobie w ich sytuacji zawracał głowę wysyłaniem Żyda do obozu”. No i M. odprowadził Lejbę na posterunek. A tam go Niemcy rozstrzelali.

W latach pięćdziesiątych M. stanął za ten czyn przed sądem. Miał świadków, że nie chciał  oddać Lejby w ręce Niemców. Sąd uwzględnił ten fakt i to, że M. miał do wyboru albo odprowadzić chłopaka na posterunek, albo narazić całą wieś na represje. Dostał wyrok 10 lat więzienia. Odsiedział cały. Co do dnia. 

O czym jest ten tekst?

Dziś nie wiem, od czego zacząć. 

Może od „A nie mówiłam?”, choć wiem, że to może być odebrane jako przemądrzanie się. 

Może od tego, że w małych miasteczkach ludzie starannie ukrywają swoje problemy z obawy przed… No właśnie. Przed czym? Przed obmową? Przed wstydem? Przed brakiem zrozumienia? 

Może powinnam zacząć od tego, że wykształcenie i literki przed nazwiskiem nie gwarantują nie tylko mądrości, ale nawet umiejętności kierowania się zdrowym rozsądkiem. 

W zależności od tego, jak zacznę, o tym będzie ten tekst. 

Adam i Ewa mają dwóch, dziś już dorosłych synów. Adam przez całe życie za kołnierz nie wylewał, a po wódce był agresywny wobec żony i dzieci. Ewa – spokojna, cichutka, wychowywała dzieci, pracowała, studiowała zaocznie i nigdy się nie skarżyła. Wszystko toczyło się normalnym torem – praca, budowa domu i zawsze dobra mina do nie zawsze dobrej gry. Taka trochę polska norma.

  „- Ale który chłop czasem nie wypije?  A jak wypije, to i ręka go zaświerzbi.  Dziadek Adama taki był, ojciec w młodości nie lepszy, to synowi nie ma się co dziwić. Oni wszyscy tacy.”  Takie słowa czasem padały w rodzinnych i sąsiedzkich rozmowach, komentujących kolejną awanturę w domu Adama i Ewy.

A tymczasem synowie rośli… Nazwijmy ich Piotrem i Jackiem. Piotrek zawsze był inny niż rówieśnicy. Słyszałam, że już jako dziecko był samotnikiem, niechętnie wychodził z domu. Skończył jakąś szkołę, gdzieś pracował. Jacek zaś założył rodzinę, wybudował dom, spłodził syna i żył jak większość ludzi w miasteczku. Dwa lata temu  nagle zmarł Adam. Chorował na serce, nie chciał się poddać operacji i tak to się skończyło. Od tamtego czasu zaczęły się pojawiać plotki na temat Piotrka. Wszystkich zastanowiło, że nie był na pogrzebie ojca. Ponoć kilka dni od śmierci do pogrzebu przespał. Potem gruchnęła wieść, że pod domem Ewy pojawiła się karetka i policyjny radiowóz, i że „Piotrka zabrali”. Kto i dokąd? Policja do aresztu? Za co? Lekarze do szpitala? Dlaczego? Wkrótce okazało się, że Piotrek trafił na oddział psychiatryczny, ale ta informacja nie wyszła poza najściślejszy rodzinny  krąg. Sąsiedzi jeszcze coś  tam poszeptali na temat niejasnych okoliczności śmierci  Adama i wszystko ucichło. 

Po kilku tygodniach Piotrek się pojawił i niebawem wyjechał za granicę do pracy. Wrócił kilka miesięcy temu. Znowu nie wychodził z domu, całe dnie spędzając przy komputerze. Pewnego dnia nie wpuścił Ewy do domu. Schronienia udzielił jej Jacek. W myśl zasady, że nie opowiadamy o swoich problemach, Ewa nic nikomu nie powiedziała, nie poskarżyła się. Czasem szła do domu, żeby zabrać jakieś swoje rzeczy, ale zawsze z duszą na ramieniu, bo nie raz wcześniej słyszała ze strony Piotra groźby, że ją zabije. Tej sytuacji nie dało się długo ukryć, bo jednak wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Ewa, choć jest fachowcem od rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, w swojej sprawie okazała się bezradna. Z jednej strony miała świadomość, że syn jest chory i nie bierze leków, z drugiej bała się, że jeśli zmusi go do leczenia, to on po powrocie zrealizuje swoje groźby. Nie docierały do niej żadne tłumaczenia. Dopiero teraz, kiedy przestała panować nad sytuacją, przyznała się, że jeszcze za życia Adama z Piotrkiem „nie mogli sobie dać rady”. Już dawno podejrzewali, a myślę, że mieli pewność, że jest chory. Dlaczego nie poszli do psychiatry? Dlaczego nie starali się go zdiagnozować? Leczyć? Z obawy przed tym, co powiedzą sąsiedzi? Nie pomogli własnemu dziecku ani wtedy, ani teraz, gdy sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz groźniejsza.  W ostatnich tygodniach kilka razy rozmawiałam z kuzynką Ewy. Tłumaczyłam, że Ewa musi spowodować skierowanie go do szpitala. Były wszelkiego ku temu powody i możliwości. Ona jednak ciągle zwlekała, tłumacząc się, że przecież on  wróci po kilku tygodniach i wtedy na pewno zrealizuje swoje groźby. A zapowiadał nie raz, że jeśli nawet zawoła lekarza do domu, to ją zabije. Nic nie zrobiła. Była głucha na wszelkie argumenty, a jego stan ciągle się pogarszał. W końcu nastąpiła kulminacja, prawdopodobnie spowodowana nagłośnieniem przez media pewnego wypadku.  Ale to tylko mój domysł. Tak czy inaczej Piotrek od gróźb przeszedł do czynów. Ewa cudem uszła z życiem. Gdzie trafił Piotrek – nie wiem. Na pewno jednak szybko nie wyjdzie stamtąd, gdzie dziś przebywa. 

O czym jest ten tekst?…

 

Gadu, gadu…

Przyznaję się, że czasem gadam do siebie, a czasem chyba ze sobą. No bo jeśli gadam, a nikogo obok mnie nie ma, no to chyba ze ze sobą? Gadam ze sobą w domu, albo kiedy idę sama ulicą. Jak nikogo w pobliżu nie ma, to gadam głośno. Trochę to schizofreniczne, ale innych objawów choroby nie dostrzegam. Uspokaja mnie fakt, że ponoć nie jestem w tym zachowaniu odosobniona, bo moim ciotkom też się to zdarza. Może to rodzinne? Tyle tylko, że ja już nie raz przyłapałam się na tym, że gadam do siebie/ze sobą po rosyjsku! Może w poprzednim życiu byłam rosyjskojęzyczna?

Jak co roku – wspominam…

O mojej Babci i moim Dziadku myślę bardzo często. To rodzice mojej Mamy. Helena i Wojciech.

Dziadków  ze strony Taty prawie nie znałam. Dziadka Władysława widziałam chyba raz. Babcię Aleksandrę kilka razy. Mieszkali bardzo daleko. Po przekątnej mapy. Jeździliśmy do nich rzadko i była to prawdziwa wyprawa!  Mieszkali w drewnianej chałupie krytej strzechą, na podwórku była studnia z żurawiem, a prąd we wsi pojawił się pod koniec lat sześćdziesiątych. Mieli nas, wnuków, tylko troje, ale chyba nie żywili do nas jakichś specjalnych uczuć. Przynajmniej tak to wtedy odbierałam. Dziadek odszedł, gdy miałam siedem lat. Babcia na trzy dni przed narodzinami mojego syna.

Dziadkowie ze strony Mamy wzięli mnie pod swój dach, gdy miałam siedem miesięcy. I tak zostało na prawie dziesięć lat. 

Babcia znała niezliczoną ilość ludowych piosenek, które podśpiewywała przy każdej okazji i lubiła się chwalić moimi ówczesnymi „sukcesami”. Spośród ośmiorga wnucząt zdecydowanie ja byłam jej faworytką. ;) Trudno się dziwić. Traktowała mnie trochę tak, jak swoje najmłodsze dziecko. 

Z Dziadkiem chodziłam paść krowę, zbierać owoce dzikiej róży i tarniny. Dziadek czytał mi „Świerszczyk” i bajki i to on w końcu zmusił mnie do samodzielnego czytania. Pamiętam doskonale ten moment. :) Czasem zabierał mnie na oranżadę do naszego wiejskiego sklepu. Odszedł, gdy miałam osiem lat. Ponad pół wieku temu, a w mojej pamięci do dziś pozostały, jak klatki filmu, obrazy postaci i zdarzeń. Czasem wydaje mi się, że  pamiętam też głos… Babcię miałam 23 lata dłużej. Na szczęście. 

Odwielu lat sama jestem babcią i czasem zastanawiam się co zostanie w pamięci moich wnuków…

Odliczam

  * W niedzielę minie miesiąc odkąd jestem w Obcych Landach. Wyjeżdżając z domu byłam pewna, że wrócę w okolicy Dnia Babci czyli około 20. stycznia, żeby pójść na imprezę w przedszkolu Najmłodszego. Niestety, tydzień temu dostałam esemesa z informacją, że impreza odbędzie się dopiero  8. lutego Mogę więc, zamiast busem, wygodnie wrócić do domu z mężem, który kończy tu pracę 6.lutego. I tak wrócę. Zostało mi jednak jeszcze 17 dni pobytu! Siedemnaście długich dni! Odliczam jak kiedyś żołnierze do końca służby albo więzień do końca odsiadki. Wszystko mi tu obrzydło – paskudne niemieckie jedzenie, język, widoki za oknem, ludzie. Mam dosyć! Wytrzymam, ale nie sądzę, żebym się dała jeszcze kiedyś namówić na przyjazd tutaj. 

Mój mąż woli mieszkać tu niż w Polsce. Świetnie zna język, lubi Bawarię, jej ludowe tradycje, małe miasteczka i generalnie wszystko co jest związane z tym landem. Ja jakoś nie potrafię się tym wszystkim zachwycać. Owszem, zwiedziłam Bamberg, Norymbergę i kilka mniejszych miast. Zwiedziłam piękne kościoły i muzea, byłam w domu Dürera, obejrzałam dzieła Kranacha. I dosyć!

Licząc z jutrzejszym zostało  jeszcze 16 dni. 

** Nie wiem, jakie będą losy mojego bloga. Nie chce mi się kombinować z przenosinami, bo mnie irytuje ten informatyczny język, którego nie rozumiem. Myślę, że to jest dobry moment, żeby przestać pisać, bo i tak już od dawna nie mam o czym.  Na wszelki wypadek zapisałam sobie adresy Waszych blogów, żebym mogła czytać.

Trochę à propos

Dzisiejszy wpis Stokrotki o samcach alfa przypomniał mi pewną scenkę sprzed bodajże trzech lat. 

Siedzę z synową u nich w domu i opowiadam o remoncie naszego mieszkania. O tym, jak zdzierałam tapety, myłam ściany, kładłam gładź, a potem ją szlifowałam. Tej opowieści przysłuchuje się bawiąca się obok ośmioletnia wnuczka. W pewnej chwili podnosi głowę z nad zabawek i pyta:

– Babcia, a ty sama ten remont robisz?

-Sama.

- A dziadek?

- A dziadek pisze wiersze.

- Acha…  I dziecko wróciło do zabawy.