Pierwsze koty za płoty?

          Z plikiem różnych wyników, oświadczeniami, zaświadczeniami i litrem niegazowanej wody stanęłam rano przed rejestracją na TK. Wszystko szło ekspresowo. Coś tam jeszcze podpisałam, na korytarzu wymieniłam serdeczne „dzień dobry” z Panią Profesor ( mamą mojego ulubionego Pianisty)  i Pani Przełożona zaprosiła mnie do swego gabineciku. No i się zaczęło.  Pani zagłębiła się w moje papiery i zaczęła dopytywać:

- A z tym uczuleniem to jak było? Jakie objawy?

- O! A tu jeszcze gorzej! Oj, to ja się muszę z lekarzem skonsultować.

I poszła. Nie było jej dobrą chwilę, a kiedy wróciła po minie poznałam, że jest kicha. Nie dość, że musiałam na cito (oczywiście za kasę, bo inaczej by było nie na cito tylko na pojutrze) zrobić jeszcze  jeden wynik, to okazało się, że podanie kontrastu musi się odbyć w asyście anestezjologa, a to oznacza przesunięcie terminu. Być może tylko o kilka dni, ale jednak.

Wyposażona w taką wiedzę, plus informację, że moja rodzinna pracuje dziś od 12.00 (co sprawdził mi mąż siedzący w swoim pokoju w Bawarii – chwała netowi!)  i nie ma mi kto wypisać skierowania na badanie, wsiadłam w tramwaj i pojechałam do naszego Medicusa. Tam oczywiście wściekła kolejka do kaso-rejestracji, a potem do laboratorium. W końcu usiadłam na fotelu w gabinecie. Krew pobrana, a miłe panie obiecały postarać się, żeby wynik był jak najszybciej. Czyli za dwie godziny. Całe szczęście, że miałam przy sobie tablet i Legimi:)

Wynik był przed 12. No to za telefon i dzwonię do Pani Przełożonej, że jadę,  i że jest ok. Po czterdziestu minutach wpadam na Radiologię, oddaję wynik, dowiaduję się, że trochę późno go przyniosłam i z anestezjologiem PP może mnie umawiać jutro.  Nareszcie  mogę iść do domu, żeby w końcu zjeść śniadanie.

Szczęście w nieszczęściu, że nie padało, nie wiało, tramwaje nie miały awarii, a ludzie, z którymi miałam do czynienia byli mi życzliwi.

Nawet udało mi się po drodze wpaść do Związku Emerytów i Rencistów (czy jakoś tak) i wykupić zaświadczenie upoważniające do zniżki kolejowej. Niestety, może mi być w najbliższym czasie potrzebne.

Teraz nic, tylko czekać na telefon od Pani Przełożonej.

 Ciąg dalszy…

Telefon zadzwonił dziś rano. Pani Przełożona przekazała mi informację, że anestezjolog nie zgodził się na podanie kontrastu bez wcześniejszej konsultacji z alergologiem. Poleciałam (daleko nie mam) do PP . Dostałam swoje dokumenty z adnotacją anestezjologa i poleceniem, żeby pójść do Poradni Alergologicznej. Jak było do przewidzenia szybciej stamtąd wróciłam, niż poszłam. Panienka w rejestracji zabawiła się w Pana Boga i odesłała mnie najpierw do lekarza rodzinnego po skierowanie, a dopiero potem do PA. Żeby było milej – do tej na drugim końcu miasta:) A co! Ma władzę, to z niej korzysta. Ostatnim przebłyskiem umysłu poprosiłam, żeby mi swoje zalecenia dała na piśmie. Dała. Nawet z pieczątką. Z tym „dokumentem”  i pytaniem „Co robić?” wróciłam do PP. Pomyślałam sobie, że jeśli nawet Rodzinna (pewnie  z wielkimi oporami) da mi to skierowanie i uda mi się zarejestrować do alergologa, to wizyta będzie może za trzy miesiące, a może za pół roku. Czyli już dawno po terminie kolejnej wizyty u Nefrolożki.

PP przeczytała info od panienki z rejestracji w PA i poszła się znowu z kimś naradzić. Wróciła z konkretnymi dyspozycjami. Mam iść do Nefrolożki i prosić o skierowanie na NMR, bo tam nie trzeba podawać kontrastu. No to poszłam. Oczywiście nie do samej Nefrolożki lecz do pań w rejestracji. Opowiedziałam swoją historię, a one zajęły się resztą. Po pół godzinie zeszła z oddziału Nefrolożka ze skierowaniami do alergologa i na rezonans. Ledwie od niej wyszłam (kłaniając się w pas z wdzięczności) zadzwoniła PP, bo już się denerwowała czy udało mi się coś załatwić. Jak się okazało, ona też wydzwaniała  w mojej sprawie.

Ze skierowaniem w łapie znowu poszłam do panienki, która mnie wcześniej odesłała z kwitkiem. Tym razem okazało się, że mogę być przyjęta przez Panią Alergolog już w najbliższy piątek.  Zakomunikowałam to PP i zdecydowałyśmy, że na wszelki wypadek postaram się zarejestrować gdzieś na rezonans, a jakby się okazało, że kontrast mnie jednak nie zabije, to przyjdę do niej i poszukamy terminu na TK. Rezonans zawsze można odwołać.

Jak często człowiek przegrywa z procedurami?

Dobrze, że te wszystkie przychodnie są na jednym podwórku!

 

7 myśli nt. „Pierwsze koty za płoty?

  1. ~roksanna

    To ja trzymam kciuki za rychły telefon!
    Ale, na drugi ( oby nie trzeba było! ;)) raz spróbuj w laboratorium na terenie kliniki. Ja raz zapomniałam o kreatyninie i oczywiście odpłatnie zrobili mi tam na cito- poprosiłam, że mam właśnie TK i czekają.
    Miłego dnia!

    Odpowiedz
    1. maskakropka2 Autor wpisu

      O laboratorium w klinice pomyślałam, kiedy już wracałam z Medicusa. Ot, mądry Polak po szkodzie, a ja po wycieczce do centrum DM.
      Buźka:)))

      Odpowiedz
  2. ~Anna

    Nie ma miesiąca, abym po dwa albo nawet trzy razy nie musiała odwiedzić jakiegoś lekarza- specjalisty, a gdy do tego dojdą badania, to co najmniej raz w tygodniu tracę mnóstwo czasu
    Przepraszam za wyrażenie, ale pod koniec stycznia br. szlag mnie trafił, gdy musiałam na badanie wzroku czekać aż trzy godziny, choć samo badanie trwało niespełna 5 minut.
    Na dodatek lekarze są niepunktualni i często mało kontaktowi, ot, żeby tylko odwalić fuchę.
    To, co napisałaś, kwalifikuje się do powiedzenia „Od Annasza do Kajfasza”. Ja już nie mam zdrowia niczego takiego załatwiać, bo gdybym miała, to nie musiałabym wysiadywać w poczekalniach lub stać w kolejce do rejestracji.
    Szczerze Ci współczuję.
    Pozdrawiam prawie wiosennie.

    Odpowiedz
    1. maskakropka2 Autor wpisu

      Niestety, muszę chodzić od Annasza do Kajfasza, bo akurat w przypadku TK jestem trudną pacjentką. Rozumiem tych lekarzy, którzy boją się zaryzykować, ale widzę, że starają się mi pomóc. Tak naprawdę to żaden medyk nie zostawił mnie samej sobie. Bo ta panienka z rejestracji z medycyną ma niewiele wspólnego.
      Życzę Ci zdrówka i jak najrzadszych kontaktów z lekarzami:)

      Odpowiedz
      1. ~Anna

        Przed wyborami parlamentarnymi obecny minister, Konstanty Radziwiłł, odgrażał się, że zlikwiduje kolejki i wszelkie utrudnienia. I co? I figa z makiem! Nic się nie zmieniło.
        W miniony poniedziałek miałam mieć o godz. 10,30 badane echo serca, kardiolog, który sam podał mi ten termin, pałętał się w tę i z powrotem po korytarzu, a ja czekałam półtorej godziny na badanie, które nawet nie trwało siedmiu minut.
        Niestety, muszę być stałą klientką specjalistów i to nie tylko kardiologa.
        Życzę zdrowia.

        Odpowiedz
  3. ~Haniamrok

    Nie wiedziałam, że na ten kontrast trzeba tak „dmuchać”. Ci od zdrowia „naturalnego” są bardzo sceptyczni jeśli chodzi o KT, że takie szkodliwe, że promieniowanie , ach, może uszkodzić szpik. Coś tam w tym może być prawdy, ale to bardzo dokładna diagnostyka. Miałam ich już 5 (w ciągu 9 lat, ostatnie 3 lata temu ) na szczęście kontrast przyjęłam normalnie. Może ten rezonans mniej inwazyjny? Ale czy robią go na NFZ? Ech, tak być zdrowym… Ale to już było i nie wróci więcej. Więc oby było dobrze, jak tylko może być. Wszystkiego dobrego i spokojnego Halinko!

    Odpowiedz
    1. maskakropka2 Autor wpisu

      Może i TK jest jakoś tam szkodliwe, ale myślę, ze jeszcze bardziej szkodliwy jest brak diagnozy. Nie chcę się obudzić w momencie, gdy na terapię będzie za późno i żadne badanie nie będzie mi w stanie zaszkodzić.
      Uściski:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>