Rozrywka nie do końca umysłowa

Miałam może z pięć lat, kiedy dowiedziałam się, że na świecie istnieją krzyżówki.  Nie takie zwierzątka jak muł, ale takie do rozwiązywania. Pewnego razu wujek zapytał jak inaczej można powiedzieć na płot, a ja dzięki temu odkryłam wyraz bliskoznaczne i możliwość ich wykorzystania  do wpisywania w krateczki. Od tego dnia zawsze męczyłam go, żeby mi dawał takie wyrazy „do zgadywania”. Kiedy nauczyłam się pisać, maniakalnie rozwiązywałam krzyżówki w pisemkach dla dzieci, a potem w Rozrywce. Każda krzyżówka była przygodą. Trzeba było szperać w encyklopedii, w atlasach i słownikach. Czasem nieźle się musiałam nabiedzić, zanim rozwiązałam wszystkie hasła. Na moim stole leżała Rozrywka, stosy książek, w kubeczku ołówki o odpowiedniej twardości i oczywiście gumka. Trochę naśladowałam w tym mamę, przed którą żadne zadanie nie miało tajemnic – krzyżówki wszelkich typów, szarady, rebusy – rozwiązywała wszystko jak leci i rzadko korzystała ze źródeł. Naprawdę byłam pełna podziwu dla jej wiedzy i analitycznych umiejętności.

Do dziś kupuję pisma szaradziarskie. Lubię Jolki, swatki i  panoramiczne. Najbardziej lubię  takie, które wymagają niestandardowego myślenia, skojarzeń. Ale dziś rozwiązywanie krzyżówek przestało mieć posmak przygody. Nie znam rozwiązania hasła? Trudno. Od czego jest wujek Google i ciocia Wikipedia? Oni wiedzą wszystko i zawsze chętnie podpowiedzą. Rozwiązuję krzyżówki na pewnym znanym portalu, ale już mnie to tak nie cieszy, jak kiedyś. To już nie jest rozrywka stricte umysłowa. Takie czasy, że wszystko jest w zasięgu ręki. Nazwa Botswany do 1966 roku też.

Ludzie w busie

I znowu w domu. Przyjechałam we wtorek po południu. Podróż miałam w miarę przyjemną, bo w busie było nas tylko sześcioro. Przy dziewięciu osobach jest niewygodnie, bo ciasno i często duszno. Zwykle każdy oprócz walizek, które są w bagażniku,  ma jeszcze jakieś torby, torebki, zimą ciepłe kurtki, poduszki- jaśki, bo niektórzy jadą nawet  kilkanaście godzin i wtedy każdy marzy  o tym, żeby przytulić głowę do jaśka wetkniętego między pas bezpieczeństwa i głowę.Busami podróżuje „opiekunkowo” i „budowa” czyli panie, które pracują w Niemczech jako opiekunki starych ludzi i panowie, pracujący w różnych firmach budowlanych. Mężczyźni są  zwykle młodzi. Tak do 35 – 40 lat, bo praca na budowie to nie przelewki. Panie to najczęściej emerytki, ale bywają też młodsze. Zwykle są to matki dorastających dzieci, które mają ciągle rosnące potrzeby, czasem któraś zarabia na remont domu czy mieszkania. Inne mają na głowie męża-pijaka,  niespłacone kredyty albo komornika.  Dla jednych praca w Niemczech jest jednorazową przygodą, inne jeżdżą tam latami. Pracują w polskich firmach, które pośredniczą w zatrudnianiu opiekunek, zwykle nieźle na tym zarabiając. Te bardziej zdeterminowane decydują się na pracę na czarno. Bywa, że jest to praca w ciężkich warunkach – przy bardzo uciążliwym podopiecznym, do którego nikt z żadnej firmy nie chce przyjechać. Zdarzają się też bardzo nieprzyjemne rodziny podopiecznych. Rozmawiałam  kiedyś z kobietą, która pojechała na czarno do opieki nad jedną osobą. Na miejscu okazało się, że podopiecznych jest dwoje – oboje z poważną demencją. I trzy osoby do opieki było by mało, bo starszy pan notorycznie uciekał z domu, a pani potrafiła brać kąpiel w oczku wodnym. Jeśli jedno w nocy spało, to drugie chodziło po domu i trzeba było czuwać, żeby nie doszło do jakiegoś nieszczęścia. Zdarzało się, że starsza pani coś schowała i oskarżała opiekunkę o kradzież, robiła karczemne awantury. Pytam, dlaczego w tej sytuacji nie wróciła do domu? Odpowiedź była prosta: „Nie miałam pieniędzy nawet na podróż.”

Zwykle opiekunka ma zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Nie oznacza to jednak, że może kupić w sklepie to, na co ma ochotę. W pewnym domu pod Hanowerem pan robi zakupy na weekend na trzy osoby i są to: dwa sznycle, które każe opiekunce podzielić na cztery, do tego dwa pomidory i mały bochenek chleba. Na sugestię, że może by tak opiekunka kupiła sobie jakiś jogurt, podopieczny stwierdził, że jak chce, to niech kupi, ale za swoje, bo przecież u niego zarabia.

Bywają też inne historie. Jedna z dziewczyn, którą spotkałam kiedyś w busie była samotną matką. Uwolniła się  od męża, który pił i bił, ale nie miała gdzie mieszkać. Udało jej się znaleźć pracę opiekunki gdzieś w bawarskiej wiosce. Nie znała języka, nie bardzo wiedziała dokąd jedzie, ale nie miała wyjścia. Spakowała siebie i dziecko i tak stanęła na progu domu pewnego niestarego jeszcze  pana, chorującego na SM. Dom był daleko za wsią, tuż przy lesie. Opowiadała, że bardzo się bała, ale nie miała wyjścia.  O dziwo, pan nie protestował przeciwko obecności dziecka.  Na początku porozumiewali się przy pomocy elektronicznego tłumacza. Po kilku miesiącach komunikacja wyglądała już nieco lepiej. Najszybsze postępy w niemieckim robiła córeczka tej pani. Ona sama też wiele pracy wkładała w naukę języka. Pomocny był Internet, miejscowe gazety, sprzedawczyni w wiejskim sklepie. Trwało to około dwóch lat, po których podopieczny zaproponował swojej opiekunce małżeństwo. Stwierdził, że nie ma rodziny, a szkoda, żeby dorobek jego życia kiedyś przejęło państwo. I tak opiekunka wyszła za mąż za swego podopiecznego. Kiedy mi o tym opowiadała, słyszałam w jej głosie i wdzięczność, i radość, i poczucie bezpieczeństwa. Było w jej opowieści wiele  ciepła i chyba miłości do męża – człowieka, który  dał jej to, o czym kilka lat temu nie śmiała nawet  marzyć.

Ile ludzi – tyle historii.

Miałam pisać o swoim powrocie, o pobycie, ale nie wyszło. Bywam dygresyjna i nic na to nie poradzę:)

Byłam Karoliną

Głośno się zrobiło o przemocy domowej odkąd pewna Karolina zdobyła się w akcie desperacji upubliczniać nagranie jednej z awantur, które urządzał jej mąż.  Widziałam, jak w programie ”Uwaga” ten potwór ze łzami w oczach mówi, że to nagranie „nie odzwierciedla jego osobowości”. Gdyby za tę rolę dawali Oskara, on by go dostał na pewno.

Byłam taką Karoliną. Nigdy nie pisałam o tym wprost, choć nie mam już problemu z nazywaniem rzeczy po imieniu. Wydawało mi się, że mam to już przepracowane, załatwione. Minęło ponad dziesięć lat. Przeszłam terapię, ułożyłam sobie życie. Ale są chwile, kiedy demony wracają. Nie. Nikt mnie nie bił. Nawet  krzyków nie słyszałam. Wulgaryzmów też niewiele. Nawet nie wiem od czego się zaczęło.  Skończyło się tym, że oddawałam mu swoją pensję, a on mi wydzielał pieniądze na domowe wydatki. Przepraszam! Nie wszystko mi odbierał. Dostawałam końcówkę pensji. W jednym roku było to 35 złotych, w innym 60. To było na moje fanaberie. Ludzki Pan, prawda?

Do domu musiałam wracać zaraz po pracy. Żadnych koleżanek, żadnych wyjść. Bywało, że mnie śledził! Raz zdarzyło się, że  w jakimś amoku groził mi bronią. Straszył, że najpierw zabije dziecko, a potem mnie.  Potem wystarczyło, że po powrocie z pracy kładł broń na widoczunym miejscu. Choćby był nie wiadomo jak miły, ten widok był jak memento…

Był chorobliwie zazdrosny, więc ograniczyłam swoje kontakty z ludźmi do absolutnego minimum.  Nigdy nie wiedziałam, co będzie powodem kolejnej awantury.  Kiedyś odbierał mnie ze szpitala. Już na oddziale wiedziałam, że coś się święci. Czułam to. Przyjechał ze mną do domu, wniósł moje rzeczy i rzucił nimi przez cały przedpokój. Potem się okazało, że w rozmowie z nim lekarz powiedział coś w stylu „Ma pan sympatyczną żonę.” To był powód do urządzenia kolejnego piekiełka. Wyobrażacie sobie, że ja tego dnia, stojąc o dwóch kulach, ugotowałam i podałam obiad? Który oczywiście „nie nadawał się do jedzenia” i wylądował w koszu na śmieci.

Takich zdarzeń mogłabym opowiedzieć dziesiątki. O drobnych demolkach, rzucaniu szklanką czy pilotem od telewizora o ścianę, kopaniu psa nie ma co wspominać.

To trwało 18 lat. Niemal od ślubu aż do czasu jego wyprowadzki spowodowanej służbowym przeniesieniem do stolicy. Wtedy odetchnęłam. Jeszcze nieśmiało, ale jednak. Zaczęłam uczyć się żyć bez strachu, choć jeszcze pod kontrolą, bo np. dzwonił na stacjonarny telefon i sprawdzał czy jestem w domu.

Dlaczego milczałam? Dlaczego nie odeszłam? Wiele przyczyn się na to złożyło.

Po pierwsze wychowanie. W dzieciństwie zawsze byłam chwalona przez ojca za to, że jestem posłuszna. No to się starałam.

Po drugie reakcja mojej mamy na pierwsze pokazówki mojego męża (wtedy jeszcze mieszkaliśmy z moimi rodzicami). Usprawiedliwiała go, bo miał „stresujacą pracę i kompleksy z powodu wykształcenia” . Czemu to robiła? Przecież to nie była głupia kobieta. Powinna go była wtedy spakować w reklamówkę i wystawić za drzwi… Ona tego nie zrobiła, a ja dostałam sygnał, że powinnam bardziej się starać. No i starałam się długie lata. Tak się starałam, że pewnego pięknego dnia dostałam zapaści, wylądowałam w szpitalu, a kiedy okazało się, że ważę 43 kilo, to mądre doktora zaczęły szukać przyczyn. No i trafiłam do psychiatry.  To było w styczniu, a w czerwcu mój doręczyciel dostał awans i wyjechał.

Od tego momentu, przy wsparciu leków i terapii psychologicznej, zaczęłam stawać na nogi. Wiecie, ile wysiłku kosztowało mnie nauczenie się chodzenia z wyprostowany mi plecami? Przez lata chodziłam skulona:  głową pochylona, schowana między uniesionymi ramionami. To bolało, ale nie umiałam inaczej. Do dziś, kiedy np. w czasie kolacji biorę drugą kromkę chleba, czuję wewnętrzny opór, bo przez lata słyszałam ” Nie jedz tyle, bo będziesz gruba”. I do dziś ważę się rano i wieczorem. Taki nałóg. Mam też problem z wydawaniem na siebie pieniędzy. Wiele razy rezygnowałam z kupienia sobie czegoś, co może nie jest mi niezbędne, ale mogło sprawić przyjemność…

Ofiarą przemocy pozostaje się na resztę życia. Tego nie da się zapomnieć, wymazać. To wylezie w takim czy innym momencie. Tak jak u mnie teraz.

Czy przemoc można przewidzieć? Chyba nie. Jeśli na początku związku jest zauroczenie, zakochanie, to nie widzi się  tych momentów, które mogą być ostrzeżeniem. A nawet jak się widzi, to się usprawiedliwia, bagatelizuje.

Czy łatwo uciec od przemocy? Niestety, nie. Może komuś, kto jej nie doświadczył trudno to zrozumieć, ale tak jest. To fatalna więź ofiary z katem.

Jeśli znacie kogoś, kto ulega przemocy, nigdy nie mówcie: „To nie moja sprawa.” Reagujcie, rozmawiacie. Przemoc to nie tylko bicie i wyzwiska. Przemoc w białych rękawiczkach też istnieje. I bywa okrutniejsza od tej, która zostawia siniaki na ciele.

 

 

Nadzieja

Idzie wiosna. Idą święta. Takich jak tegoroczne jeszcze nie miałam. Moją rodzinę dotykały w ostatnim czasie same nieszczęścia. Odejście bliskiej osoby, choroby, strach o życie i to ostatnie – pożar domu.  Dość nagła śmierć kuzyna i  ta ostatnia tragedia spowodowała, że doceniamy to co najważniejsze – życie.  Niewiele brakowało, a zabrakłoby sześciorga spośród nas. Jednak Opatrzność czuwa i jesteśmy wszyscy. Choć nie przy jednym stole, to jednak jesteśmy razem. I to jest najważniejsze. Ktoś z przyjaciół zorganizował zbiórkę pieniędzy na najpotrzebniejsze zakupy i z każdym dniem widzę, że kwota rośnie. Ludzie wpłacają niewielkie sumy, ale każda złotówka to jedna cegła, kawałek nowego domu, nowego życia.  Ludzie są dobrzy…  Alleluja!

Życzę Wam na te nadchodzące święta przede wszystkim zdrowia. Ono jest najważniejsze. Życzę Wam też spokoju, radości i nadziei. Wesołych świąt!

Bez tytułu

Jakiej straty w życiu nie jesteście w stanie zaakceptować? Nie mówię o stracie bliskiej osoby. Myślę o rzeczach.

Myślę, że najtrudniej by mi było pogodzić się z utratą rodzinnych fotografii i innych rodzinnych pamiątek.

Dzisiejszej nocy jedna z moich kuzynem straciła wszystko, co miała. Spłonął jej dom. Od dziś nie ma zdjęć z dzieciństwa, ze ślubu, nie ma przedszkolnych rysunków dzieci,  pamiątkowych obrazków z pierwszej komunii.

Uratowano kilka ubrań, torebkę z dokumentami, łóżeczko i wózek czteromiesięcznego wnuczka. Zostali boso, bo buty stały w korytarzu, a oni uciekali z płonącego domu przez balkon.

Dom można odbudować lub wybudować nowy. Ubrania można kupić. Ale fotografie zniknęły bezpowrotnie. To tak, jakby zniknęła część życia.

Znowu wiosna

I znowu jestem w Obcych Landach. Z góry przepraszam za ewentualne literówki i inne niespodzianki, bo stukam jednym palcem na tablecie, który często wie lepiej, co chcę napisać. Czasem nawet wyprzedza moje myśli!;)

Kiedy w ubiegły czwartek wyjeżdżaliśmy z domu, było zimno i padało. Gdzieś za Berlinem pojawiło się słonko, a na miejscu przywitała nas piękna, cieplutko wiosna.  Kiedy idę do sklepu ulicą Łąkową, a potem Polną i Leśną, mijam ogrody, w których kwitną żonkile, tulipany i forsycje. Tu i ówdzie bielą się i różowią drzewa owocowe i magnolie. W oddali, spośród lasów wyłaniają się wieże Bazyliki Czternastu Świętych Wspomożycieli , a z drugiej strony klasztor Banz. Kosy, sroki i inne świergotki dopełniają ten obraz dźwiękami, a wszystko razem przywołuje do głowy jedną myśl: „Chwilo, trwaj!”  Jestem tu jak w szklanej bańce. Znam zaledwie kilka osób (i to tylko z widzenia), z którymi wymieniam uprzejme „Gruß Gott” (przepraszam znających niemiecki – nie mam „u” z kropkami na klawiaturze), nie znam języka, nie znam tutejszych problemów, a swoje zostawiłam prawie 600 km stąd. Codziennie rano ćwiczę, żeby nie stracić tego, co dotąd osiągnęłam ciężką pracą na sali. Potem kawa i praca w ogrodzie.  Wyszukuję wszystko, co rośnie wbrew woli Frau i skrzętnie się tego pozbywam. Ot, taka zabawa w plewienie chwastów. Przycinam krzewy, bo Frau tak chce, walczę z mchem na trawniku, bo niedługo pewnie zalęgną się w nim krasnoludki. Robię to, co zwykle robi córka Frau. Dzięki temu ona ma więcej czasu dla matki, kiedy ją odwiedza. Jakie to ważne wie każdy, kto ma starych, mieszkających samotnie, rodziców. A ja przy okazji mam zajęcie, które mnie relaksuje. Mam też czas i sposobność, żeby sobie przemeblować to i owo w głowie i w emocjach, żeby się odciąć od tego, co dzieje się w kraju i mnie przeraża, od czekania na wyniki TK i od paru innych rzeczy. Zamiast tego cieszę się, że znowu mogę zachwycać się wiosną.

Przesyłam Wam bawarskie słonko, ciepełko i świergot ptaków:)

Smutek

                      Powoli pakuję manatki i zbieram się do wyjazdu. Tym razem jadę z mężem, który po trzech tygodniach przymusowego urlopu wraca do swojej Frau. Ponieważ jedziemy swoim samochodem, mogę zabrać więcej bagażu. Oczywiście nie są to ciuchy, bo tych zabieram zawsze absolutne minimum. Najwięcej miejsca w bagażu zajmuje mi zawsze jedzenie. Tym razem zabieram pudła z różnymi kaszami, jabłka, paletę jajek, moje ulubione twarożki (bo te niemieckie średnio nadają się do jedzenia), domowe ciasto. Ktoś by powiedział, że to dziwactwo, bo przecież tam wszystko mogę kupić i dużo w tym racji, ale nasza żywność jest po prostu lepszej jakości. Wprawdzie w Edece mogę kupić np. polską kaszę, ale do tego sklepu mam daleko, a nie zawsze jest czas, żeby wybrać się po zakupy. Poza tym „kto z sobą nosi, ten się nie prosi”. A może tym razem Frau zdecyduje się spróbować naszych specjałów? Spędzimy razem Wielkanoc i chciałabym choćby jajka w majonezie przygotować, bo oni to tylko czekoladowe zajączki wtedy jedzą.

                       Jadę na miesiąc i mam nadzieję, ze dobrze mi ten wyjazd zrobi, bo mam za sobą bardzo trudny czas. W czwartek wróciłam z pogrzebu mojego kuzyna. Chorował pewnie długo, ale prawie bezobjawowo. Ot, bolał go kręgosłup. Ale kogo nie boli? Szczególnie jeśli jest się człowiekiem, który całe życie ciężko pracował fizycznie, a on był rolnikiem i niejeden worek ze zbożem przeniósł na własnych plecach. Do lekarza poszedł, kiedy ból był nie do zniesienia. Poszło szybko. Lekarz rodzinny, skierowanie na TK, wynik i znowu rodzinny. Po tej wizycie już nie wrócił do domu. Karetką zawieźli go na onkologię. Tam jeszcze jedno TK, biopsja i informacja, że nie da się już nic zrobić. Ból, którego nie potrafili opanować, więc dostał paliatywną radioterapię, a potem, dzięki znajomościom i ludziom dobrej woli na ostatnie dni został przeniesiony na Oddział Paliatywny. Wszystko trwało 25 dni. Nie mogłam w to uwierzyć, nie mogłam sobie wyobrazić, że to właśnie on jest chory, cierpiący, bezradny. Mimo tego, że uczestniczyłam  w uroczystościach pogrzebowych, nie dociera do mnie, że już go nie ma. Był pięć lat ode mnie młodszy. Pamiętam moment, kiedy babcia wróciła do domu i powiedziała, że się urodził. Byłam zazdrosna, bo jego mama mnie wychowywała od trzeciego miesiąca życia, a on stał się dla mnie „konkurencją”. Nie byliśmy ze sobą jakoś szczególnie blisko. Jak to z facetem.  Dużo bliżej jestem z jego siostrami i mamą. Uwielbiałam jego tatę.  Ale jednak jego odejście jest dla mnie strasznym przeżyciem. Przyszedł na świat, kiedy ja już byłam, odszedł, a ja jeszcze jestem. Cały jego czas jest tylko fragmentem mojego czasu.

Bardzo trudno mi to wszystko poukładać w głowie. Może ten wyjazd sprawi, że powoli przywyknę do sytuacji.

Pierwsze koty za płoty?

          Z plikiem różnych wyników, oświadczeniami, zaświadczeniami i litrem niegazowanej wody stanęłam rano przed rejestracją na TK. Wszystko szło ekspresowo. Coś tam jeszcze podpisałam, na korytarzu wymieniłam serdeczne „dzień dobry” z Panią Profesor ( mamą mojego ulubionego Pianisty)  i Pani Przełożona zaprosiła mnie do swego gabineciku. No i się zaczęło.  Pani zagłębiła się w moje papiery i zaczęła dopytywać:

- A z tym uczuleniem to jak było? Jakie objawy?

- O! A tu jeszcze gorzej! Oj, to ja się muszę z lekarzem skonsultować.

I poszła. Nie było jej dobrą chwilę, a kiedy wróciła po minie poznałam, że jest kicha. Nie dość, że musiałam na cito (oczywiście za kasę, bo inaczej by było nie na cito tylko na pojutrze) zrobić jeszcze  jeden wynik, to okazało się, że podanie kontrastu musi się odbyć w asyście anestezjologa, a to oznacza przesunięcie terminu. Być może tylko o kilka dni, ale jednak.

Wyposażona w taką wiedzę, plus informację, że moja rodzinna pracuje dziś od 12.00 (co sprawdził mi mąż siedzący w swoim pokoju w Bawarii – chwała netowi!)  i nie ma mi kto wypisać skierowania na badanie, wsiadłam w tramwaj i pojechałam do naszego Medicusa. Tam oczywiście wściekła kolejka do kaso-rejestracji, a potem do laboratorium. W końcu usiadłam na fotelu w gabinecie. Krew pobrana, a miłe panie obiecały postarać się, żeby wynik był jak najszybciej. Czyli za dwie godziny. Całe szczęście, że miałam przy sobie tablet i Legimi:)

Wynik był przed 12. No to za telefon i dzwonię do Pani Przełożonej, że jadę,  i że jest ok. Po czterdziestu minutach wpadam na Radiologię, oddaję wynik, dowiaduję się, że trochę późno go przyniosłam i z anestezjologiem PP może mnie umawiać jutro.  Nareszcie  mogę iść do domu, żeby w końcu zjeść śniadanie.

Szczęście w nieszczęściu, że nie padało, nie wiało, tramwaje nie miały awarii, a ludzie, z którymi miałam do czynienia byli mi życzliwi.

Nawet udało mi się po drodze wpaść do Związku Emerytów i Rencistów (czy jakoś tak) i wykupić zaświadczenie upoważniające do zniżki kolejowej. Niestety, może mi być w najbliższym czasie potrzebne.

Teraz nic, tylko czekać na telefon od Pani Przełożonej.

 Ciąg dalszy…

Telefon zadzwonił dziś rano. Pani Przełożona przekazała mi informację, że anestezjolog nie zgodził się na podanie kontrastu bez wcześniejszej konsultacji z alergologiem. Poleciałam (daleko nie mam) do PP . Dostałam swoje dokumenty z adnotacją anestezjologa i poleceniem, żeby pójść do Poradni Alergologicznej. Jak było do przewidzenia szybciej stamtąd wróciłam, niż poszłam. Panienka w rejestracji zabawiła się w Pana Boga i odesłała mnie najpierw do lekarza rodzinnego po skierowanie, a dopiero potem do PA. Żeby było milej – do tej na drugim końcu miasta:) A co! Ma władzę, to z niej korzysta. Ostatnim przebłyskiem umysłu poprosiłam, żeby mi swoje zalecenia dała na piśmie. Dała. Nawet z pieczątką. Z tym „dokumentem”  i pytaniem „Co robić?” wróciłam do PP. Pomyślałam sobie, że jeśli nawet Rodzinna (pewnie  z wielkimi oporami) da mi to skierowanie i uda mi się zarejestrować do alergologa, to wizyta będzie może za trzy miesiące, a może za pół roku. Czyli już dawno po terminie kolejnej wizyty u Nefrolożki.

PP przeczytała info od panienki z rejestracji w PA i poszła się znowu z kimś naradzić. Wróciła z konkretnymi dyspozycjami. Mam iść do Nefrolożki i prosić o skierowanie na NMR, bo tam nie trzeba podawać kontrastu. No to poszłam. Oczywiście nie do samej Nefrolożki lecz do pań w rejestracji. Opowiedziałam swoją historię, a one zajęły się resztą. Po pół godzinie zeszła z oddziału Nefrolożka ze skierowaniami do alergologa i na rezonans. Ledwie od niej wyszłam (kłaniając się w pas z wdzięczności) zadzwoniła PP, bo już się denerwowała czy udało mi się coś załatwić. Jak się okazało, ona też wydzwaniała  w mojej sprawie.

Ze skierowaniem w łapie znowu poszłam do panienki, która mnie wcześniej odesłała z kwitkiem. Tym razem okazało się, że mogę być przyjęta przez Panią Alergolog już w najbliższy piątek.  Zakomunikowałam to PP i zdecydowałyśmy, że na wszelki wypadek postaram się zarejestrować gdzieś na rezonans, a jakby się okazało, że kontrast mnie jednak nie zabije, to przyjdę do niej i poszukamy terminu na TK. Rezonans zawsze można odwołać.

Jak często człowiek przegrywa z procedurami?

Dobrze, że te wszystkie przychodnie są na jednym podwórku!

 

Uległam namowom

                            Od zawsze dużo czytam, ale od jakiegoś czasu nie kupuję książek, bo zwyczajnie nie mam ich gdzie przechowywać. Ich cena też jest często przeszkodą dla mojego emeryckiego budżetu.  Na szczęście pod nosem mam filię biblioteki miejskiej z całkiem niezłym księgozbiorem i sporą ilością nowości.   Ale… zawsze jest jakieś „ale”. Moje „ale” to wyjazdy. Niestety, nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron , a tym bardziej dłuższego pobytu za granicą bez czytania. To oznacza, że połowa mojej walizki to książki.  Już od jakiegoś czasu słyszałam o e-bibliotece, ale  jak to? Ja mam czytać coś, co nie jest papierowe?! Nigdy!!! Tylko klasyczna, prawdziwa książka, a nie jakieś tam wynalazki!  Jak Pawlak z mojego ulubionego filmu powtarzałam, że „Powymyślali te durackie maszyny, bo siły w ręcach nie mieli.” Więc tachałam tomy w tę i z powrotem.  Aż tu pewnego dnia, kiedy wybierałam lektury na kolejny wyjazd,  pani bibliotekarka zaproponowała mi kod dostępu do 18 tysięcy książek! Wystarczy aplikacja, którą można zainstalować w telefonie, tablecie lub laptopie i czytać do woli. Również of line, czyli wtedy, kiedy nie ma dostępu do netu. Oj, trudno mnie było namówić, bo po pierwsze ściąganie aplikacji brzmiało dla mnie tak samo realnie jak lot na Marsa, a po drugie – tylko książka, a nie żadne durackie maszyny!  Ale pani Dorota była nieugięta, a mnie  w  końcu  zrobiło się głupio, że tak staję okoniem i wzięłam ten kod. Najwyżej z niego nie skorzystam, pomyślałam. Siedząc wieczorem w domu stwierdziłam jednak, że spróbuję. Najwyżej nic mi z tego nie wyjdzie. Perspektywa lżejszej walizki była bardzo kusząca.  Do dziś nie wiem jak, ale udało mi się zainstalować aplikację Legimi.ebook i ruszyłam w świat wirtualnej książki.  Muszę uderzyć się w pierś i stwierdzić, że te durackie maszyny jednak ułatwiają życie czytacza!  Już nie muszę mieć w torebce ciężkiej książki, żeby nie marnować czasu w tramwaju, do obcych landów zabrałam nie cztery, a tysiące książek i w każdej chwili mam je pod ręką – w domu, w tramwaju,  pociągu, w kolejce do lekarza.  Zaletą Legimi jest też to, że można sobie powiększać litery i odstępy między linijkami tekstu. Można też czytać w trybie nocnym czyli białe litery na czarnym tle. Odkryłam, że wtedy mniej męczą się oczy. Czytana książka zawsze otworzy się na tej stronie, na której ją zamknęłam, a jakiś duszek w tablecie liczy czas czytania w danym dniu, oblicza średni czas i średnią ilość znaków na minutę. Na wirtualnej półce można mieć jednocześnie wiele pozycji, więc kiedy nie mam dostępu do netu, to korzystam z zapasów na półce. Nie ma znaczenia, czy książka jest gruba czy cienka, bo tablet zawsze waży tyle samo. :-) Dzięki Legimi  przeczytałam „Sedinum”, po które nie sięgnęłam wcześniej właśnie ze względu na gabaryty – prawie  tysiąc stron. Moja Miejska Biblioteka Publiczna wykupiła swoim czytelnikom dostęp do tej aplikacji i wystarczy co miesiąc pobrać od bibliotekarki pasek z kodem. Taka łaskawość MBP będzie trwała do sierpnia. Potem będę musiała płacić około 35 zł miesięcznie. Czy to dużo za swobodny dostęp do książek?

Wstyd

Świat mnie przegonił. A konkretnie technologia. Już kiedyś pisałam, że technika nie jest moją specjalnością, ale nie myślałam, że tak szybko mnie pokona.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie pani z firmy telekomunikacyjnej z ofertą nowej taryfy. W ofercie był również telefon. Miałam kilka dni na podjęcie decyzji, który model wybieram. Zasięgnęłam języka u ekspertów, czyli syna i wnuczki, i podjęłam decyzję. Wydawało mi się, że właściwą. Po kilku dniach kurier przywiózł przesyłkę. Chyba przez tydzień do niej nie zaglądałam, bo wiedziałam, że sama tego telefonu nie uruchomię. W końcu zrobił to syn. Telefon funkcjonował. Tyle tylko, że nie byłam w stanie nad nim zapanować. Przerosło mnie nawet odbieranie wiadomości tekstowych, nastawianie budzika czy zapisywanie listy kontaktów. Nie potrafiłam się rozeznać w rozlicznych funkcjach tego cudu techniki. Nie było mowy o  fotografowaniu czy korzystaniu z Internetu.  Zirytowana swoją głupotą i bezsilnością po dwóch dobach wróciłam (przy pomocy wnuczki) do mojej stareńkiej Nokii. Nowy telefon sprzedałam młodej dziewczynie, dla której jest on normalnym gadżetem. Niemal takim, jak rękawiczki:)

Źle się czuję z tym, że nie dałam rady, tym bardziej, że to nie pierwszy raz. Kilkanaście  lat temu stwierdziłam, że już zawsze będę jeździła tramwajem, bo auto nie jest dla mnie. Wstyd, irytacja, złość na samą siebie, a jednocześnie świadomość, że banalne umiejętności dostępne dla większości ludzi dla mnie są nieosiągalne, powodują jakąś taką wewnętrzną rezygnację. Jeszcze moment i ludzie będą na mnie patrzeć z politowaniem.