Gdzieś między Poniewieżem a Kownem…

Nareszcie dorwałam się do netu! W ryskim hotelu mój tablet za nic nie chciał połączyć się z siecią, a teraz, gdzieś w przydrożnej knajpce na Litwie, między Poniewieżem a Kownem, hula aż miło.

Pogoda paskudna, więc zrezygnowaliśmy że zwiedzania Kowna. Boję się, że było by to takie samo rozczarowanie jak w Wilnie, więc bez żalu sobie odpuszczamy to miasto. Punktem docelowym są dziś Suwałki. Mamy tam zarezerwowany nocleg. Jutro kolejny etap drogi do domu.

Coraz bliżej domu…

Kiedy latanie po Krakowie już się mojemu mężowi lekko znudziło, bladym świtem ruszyliśmy do Wieliczki. Jako że nie ma siły, która by mnie zmusiła do oglądania czegoś, co jest pod ziemią, trzy godziny spędziłam spiąc na parkingu w aucie zagrzebana w śpiwór.

Kolejny etap podróży to dwie małe miejscowości w powiecie jasielskim. Stamtąd wywodzi się nasza rodzina. Nasza, czyli ta ze strony mojej Mamy. Byłam tam mniej więcej 50 lat temu, ale coś tam jeszcze pamiętam. Z tamtych obrazów do dziś pozostało niewiele – kościoły, cmentarze, może ze dwa, dziś już zrujnowane , domy. Dom stryjka jest w skansenie w Sanoku. Podobnie jak drewniany kościół, w którym była ochrzczona moja Mama i jej rodzeństwo, i w którym moja Babcia przyrzekła Panu Bogu, że jeśli wszyscy przeżyją wojnę, to ona codziennie będzie chodziła na mszę. Przeżyli i słowa dotrzymała.

Kolejny etap to Lublin. Mam tam (z formalnego punktu widzenia patrząc) byłą rodzinę – brata mojego exa i jego najbliższych. Rzadko się spotykamy, bo odległość jest znaczna, ale tym razem się udało. Było i biesiadowanie przy stole, i spacer po pięknej lubelskiej starówce, i piwo w browarze restauracyjnym, i święcenie bukietów. A mnie się udało zatańczyć na scenie w Ogrodzie Saskim fragment tańca sądeckiego;) Przynajmniej tak twierdzi mój młody partner, który przez większość swego życia tańczył w zespole folklorystyczny i jest „kaniorowcem”.

Wczoraj robiłam zakupy w sklepie Więcławskiej i na chwilkę przysiadłam w kościółku, w którym ksiądz Kozioł dawał ślub Lucy i Kusemu. Przepiękne miejsce, kościół z klimatem, bo stary, drewniany. Ludzie we wsi bardzo sympatyczni, a proboszcz nowy – dopiero od niedzieli sprawuje tam posługę.

Od wczorajszego wieczora zalegam w gospodarstwie agroturystycznym w miejscowości Posejnele.Pogoda pochmurna, więc pozalegam cały dzień.

Marzę o drodze powrotnej, o własnym łóżku, własnej łazience, kuchni i świętym spokoju. Niestety, przede mną jeszcze Wilno i Ryga. A potem już będzie z górki. Ale zapowiedziałam mężowi, że więcej się nie dam namówić na taką eskapadę.

Przepraszam za literówki, bo znowu stukałam jednym palcem na tablecie.

Nie lubię ruszać się z domu

Już nie jeden raz pisałam, że nie lubię podróżować. Tak mam, że żadnej frajdy mi nie sprawia oglądanie miejsc, o których istnieniu wiem, które widziałam na zdjęciach czy filmach. A już telepanie się na drugi koniec kraju w tym celu uważam za stratę czasu i pieniędzy. Nie ma we mnie tej ciekawości świata i już. Mój mąż ma odwrotnie. Jak tylko może to jeździ, zwiedza,ogląda i fotografuje. Jakby mu tego było mało, dzieli się wrażeniami z resztą świata na fb. Czasem godzę się jechać z nim, choć mnie to nudzi i męczy. Niedzielę i poniedziałek spędziliśmy u mojej rodziny. Odwiedziłam ciotki, posprzątałam groby rodziców i w zasadzie mogłam wracać do domu. Ale plany były inne,więc ruszyliśmy do Wrocławia. Na szczęście tylko na kilka godzin. Przyznam, że Wrocław mi się nie podoba. Poza centrum jest brudny i obdrapany. A najbardziej odrzuca mnie na widok przystanków tramwajowych, na których rozkłady jazdy są umieszczone w klejących się od brudu gablotach. Od wczoraj jesteśmy w Krakowie. Mieszkamy w hostelu -czyścutko, wygodnie – warunki idealne. Od rana leje jak z cebra, co nie powstrzymało mojego męża od spaceru na Rynek i licho wie dokąd jeszcze. Wrócił zmoknięty, wypił herbatę, zmienił skarpety i poszedł dalej. Tym razem na spotkanie z kolegą. Na szczęście nie ciąga mnie za sobą. Ja sobie spokojnie popijajam  herbatę i czytam książkę. Wawel był, jest i będzie niezależni od mojej tam obecności . Jakoś przeżyję następne etapy podróży. Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, bo przed nami jeszcze Lublin, Kazimierz Dolny, Wilno i Ryga. Potem będzie już z górki.

Przepraszam za bylejakość tego wpisu, ale stukam jednym palcem na tablecie, który czasem wyprzedza moje myśli i „poprawia” to, co napisałam, a ja nie wszystkie te „poprawki” wyłapuję.

Recenzja prawie kulinarna

Jakoś tak się ostatnio zgadałam z dwiema blogerkami na temat gruzińskich potraw, a konkretnie chaczapuri, że postanowiłam odwiedzić gruzińską restaurację, która jakiś czas temu powstała w moim mieście. Zachęcona relacją – https://lobuz.wordpress.com/2016/05/26/restauracja-imereti-kuchnia-gruzinska/ – namówiłam męża i poszliśmy. Było wczesne popołudnie, akurat pora, żeby coś zjeść. Przyznam, że chwilę trwało, zanim znaleźliśmy ową restaurację. Wcześniej w tym miejscu była świetna i bardzo popularna jadłodajnia i nawet do głowy mi nie przyszło, że taki fajny lokal przestał istnieć. Nie wiem, co o tym zdecydowało. Może ekonomia, może jakaś rodzinna historia – wszystko jest możliwe. Tak czy owak,  ciekawi i wnętrza, i obsługi, i smaków weszliśmy. Niestety, spotkał nas srogi zawód. Pierwsze wrażenie w moim przypadku jest zawsze najważniejsze, a to było jak najgorsze. Dwa stoliki były zajęte. W sumie siedziało przy nich chyba sześć osób, a  jedynym dźwiękiem był szept rozmów. Zero muzyki! Dal mnie lokal, w którym nie ma muzyki po prostu nie istnieje. Muzyka tworzy klimat, pozwala poczuć się swobodniej, pozwala rozmawiać nie czując skrepowania. Może restaurator nie lubi muzyki, a może postanowił oszczędzić na opłatach za jej odtwarzanie?

Za barem nikogo nie było, wiec wzięliśmy z lady menu wydrukowane na półkredowym papierze, zszyte zwykłym biurowym zszywaczem i usiedliśmy przy stoliku. Menu napisane po polsku w sposób komunikatywny, acz z błędami. To dodaje pewnego uroku i sugeruje, że właściciele są cudzoziemcami i choć nie do końca orientują się w naszym języku, to gotować „po swojemu” na pewno potrafią. To dość popularny chwyt, ale może okazać się najprawdziwszą prawdą.  No więc siedzimy i przeglądamy menu. Niektóre nazwy nic nam nie mówią, inne znamy. Uwagę zwracają ceny. Takie raczej warszawskie. Ale co tam! W końcu nie jest to studencka stołówka (choć wygląd wnętrza niewiele odbiega od stołówkowego stylu).

No więc siedzimy i przeglądamy. Przez szparę w niedomkniętych drzwiach do kuchni widzimy siedzącego pana, który z kimś rozmawia. Oparł dłonie o kolana, pochylił się i tak trwa. Może ma jakiś problem? Mamy wrażenie, że jest baaaaardzo pochłonięty rozmową. Tak bardzo, że nie zauważył ani naszego wejścia, ani tego, że zajęliśmy miejsca przy stoliku. No to sobie pomyśleliśmy, że nie będziemy panu przeszkadzać i wyszliśmy. Nie poznamy smaku potraw, które tam serwują, bo już nigdy więcej tam nie pójdziemy. Tym bardziej, że nie można się tam napić ani piwa, ani wina, bo właściciel nie ma koncesji.

W odległości około 15 minut spaceru jest browar restauracyjny Stara Komenda i tam poszliśmy, żeby jak najszybciej zapomnieć o Imereti. W Starej Komendzie jeśli nie właściciele, to obsługa zawsze wita gości z uśmiechem. Menu może nie tak rozbudowane, jak w  gruzińskiej, ale za to jakie smaki! Ceny też dość zróżnicowane i zdecydowanie nie przerażają. Za wspaniałą golonkę z wiśniami (mąż) i placek szpinakowy z gorgonzolą (ja) oraz dwa piwa warzone na miejscu zapłaciliśmy ok. 25 zł mniej, niż by nas kosztowały podobne dania we wspomnianej gruzińskiej.

Tyle mojej, pewnie dość nieobiektywnej, recenzji. Mam nadzieję, że pan Gruzin ogarnie się zanim popadnie w długi, bo jeśli nie, to raczej nie wróżę mu świetlanej przyszłości.

A co dla Was jest ważne, kiedy przychodzicie do restauracji?

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu, jakie masz plany;)

Wakacyjny wyjazd, zwany przez mego męża urlopem, mamy zaplanowany co do dnia. Moja Wieś, Wrocław, Kraków, Podkarpacie, Lublin, Janów Podlaski, Troki, Wilno, Ryga, Gdańsk, Jakaś Nadmorska Miejscowość i do domu. Noclegi zaklepane, spotkania umówione. Nic, tylko jechać. Jutro mąż powinien opuścić piękną Bawarię i , zaliczając po drodze pewnie każdy  Flohmarkt, wieczorem powinien dotrzeć do domu. Powinien, ale nie wiadomo czy mu się uda. 

Już od maja była mowa o tym, że na sierpień i wrzesień do Frau przyjedzie ktoś na zastępstwo, bo jak by nie patrzeć mój mąż mieszka w Polsce, tu ma rodzinę i swoje sprawy. Poza tym każdy czasem potrzebuje odpoczynku. Szczególnie, kiedy pracuje 24h siedem dni w tygodniu. Frau  niechętnie, ale przyjęła fakt do wiadomości i rozpoczęły się poszukiwania Odpowiedniej Osoby. Jedna zrezygnowała, bo znalazła lepszą pracę, inna nie spodobała się ani Frau, ani mojemu mężowi, jeszcze kolejnej nie spodobała się Frau. W końcu firma znalazła panią Danusię. Odetchnęliśmy! Szydło wyszło z worka (pardon le mot) w czasie pierwszej telefonicznej rozmowy. Otóż pani Danusia znajomością niemieckiego nie wyszła poza kurs oferowany przez „Stawkę większą niż życie”! Ja przy niej jestem germanistką wysokich lotów! Nie jestem w stanie pojąć, jak można się zdecydować na pracę opiekunki bez podstaw języka! A jednak firma ją zatrudniła. Niepojęte! I od piątku w jednym kącie płacze Frau ze strachu, że Danuta jej nie zrozumie i nie będzie mogła pomóc w razie potrzeby, a w drugim kącie siedzi zestresowana Danuta, która boi się, że odeślą ją do domu. A miedzy nimi jest mój mąż z zaplanowanym urlopem, nieważnym dowodem rejestracyjnym auta, umówioną na poniedziałek wizytą w stacji kontroli w tejże sprawie. Gdzieś na końcu tego łańcuszka jestem ja. Dziwne, ale mnie to wcale nie irytuje. Spokojnie czekam na rozwój wydarzeń. Dziś córka Frau ma zdecydować, czy powierzyć opiekę nad matką pani Danusi, czy prosić mojego męża, żeby zrezygnował z urlopu do czasu znalezienia naprawdę Odpowiedniej Osoby.

Przygotowując się do ewentualnego powitania męża (czerwony dywan, kwiaty, dzieci w krakowskich strojach, strażacka orkiestra dęta i takie tam drobiazgi), oglądam telewizyjne relacje z wizyty papieża Franciszka. Wcale mnie nie zdziwiły interpretacje jego słów przez tak zwane elity rządzące, bo były do przewidzenia. Nie ulegam też emocjom związanym z ŚDM. Ja z zachwytem patrzę na panów zwanych potocznie Borowikami. I nie przystojność onych  razi mnie po oczach, bom na męskie wdzięki już nie tak wrażliwa jak przed laty. Dziś zachwyca mnie profesjonalizm. Patrząc na nich widzę może nieco więcej niż inni i niezmiennie podziwiam każdy ruch i spojrzenie, precyzję działania, zgranie. Wiem, ile za tym stoi pracy, codziennego wysiłku.

Chapeau bas, Panowie!

I po remoncie…

Już po remoncie. Z przyczyn technologicznych trwał trzy dni i zupełnie odmienił mój przedpokój. Ściany są równe i białe. Jeśli się wybrudzą, będzie można je umyć. Trwałość to przynajmniej 10 lat. Przynajmniej tak twierdzi Pan Od Remontu, który taką  samą farbą ma pomalowane mieszkanie, w którym mieszkają dzieci i pies. Solidność, punktualność, pracowitość, życzliwość i uczciwość Pana Od Remontu zachęciła mnie do dalszego korzystania z jego usług i już się umówiliśmy na remont kuchni. Wszystko odbędzie się podczas naszej nieobecności. Ustalimy zakres robót, rodzaj materiałów, a potem ja sobie pojadę z mężem do Niemiec, a kiedy wrócę, kuchnia będzie jak nowa. Pożegnam kafelki na ścianie, podłogę z żywicy, krzywy sufit i oświetlenie, które  oświetla nie to, co powinno. I wreszcie wywalę drzwi do kuchni, przez które przynajmniej kilka razy w roku mam na prawym ramieniu potężny siniak , bo wchodząc do niej, nadziewam się na klamkę.  Raz nawet o tę klamkę rozdarłam sobie sukienkę… na plecach. Jak to możliwe? Bardzo prosto. Sukienka była dość luźna i miała ramiączka. Przechodząc obok drzwi, zahaczyłam kiecką i już.

Remont skończony, a od jutra zaczynam porządki, bo kurz jest wszędzie. Taki bonus:)

Remont

                              Miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz weszłam do mieszkania, w którym mieszkam do dziś. Były to czasy budowlanego boomu  i wielkiej kariery fabryk domów. Nigdy nie zapomnę radości, którą mnie napawała ciepła woda płynąca z kranu i kaloryfery. Nareszcie z mojego życia zniknęły piece i chodzenie po węgiel do piwnicy! Od trzeciej klasy podstawówki pierwszym obowiązkiem po przyjściu ze szkoły było palenie w piecu. Nawet nie obowiązkiem, a koniecznością, bo trudno było czekać na powrót rodziców z pracy w zimnym mieszkaniu. Nie cierpiałam wygarniania popiołu, bałam się chodzić do ciemnej i wilgotnej piwnicy, ciężko mi było wtargać pełną węglarkę na pierwsze piętro i nie zawsze udawało się zmusić węgiel do zapalenia się. Więc to mieszkanie z kaloryferami było cudem i radością! Całe moje życie mija mi w tym cudzie gierkowskich czasów. Tu mieszkałam z rodzicami, potem z mężem i synem, potem, kiedy życie wywróciło mi się do góry nogami, sama, a teraz znowu sama, bo mąż większość roku spędza w Niemczech. Starzeję się razem z moim Cudem, ale nie poddajemy się. Mnie w formie trzymają geny (póki co) i fitness, a o Cud od czasu do czasu musi zadbać Pan Od Remontu. Jednak z upływem  lat, coraz wyraźniej  widać, że i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Nie da się zrobić z babci nastolatki, nie da się ze starego mieszkania pięknego apartamentu. Ale Pan Od Remontu zna nowoczesne materiały budowlane, stara się nadać starym ścianom nową gładkość i kolor. Póki on się stara, ja mieszkam na pobojowisku. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych remont można robić wyłącznie kawałkami i tym razem padło na przedpokój. Mam za sobą osobiste zdzieranie trzech warstw tapet, przy czym tę ostatnią musiałam zeskrobywać szpachelką. (Tu zauważyłam pozytywne skutki moich codziennych treningów, bo ani razu nie zabolała mnie przy tej czynności ręka. A mogła, bo tapety było dużo i była baaaardzo dokładnie przyklejona.) Dziś Pan Od Remontu zagruntował ściany, zaszpachlował dziury i położył pierwszą warstwę czegoś, co spowoduje, że ściany będą gładkie. Jutro będzie działał dalej – druga warstwa czegoś, pewnie szlifowanie, a w niedzielę malowanie. Może mu się uda zmieścić w czasie. 

Lubię swoje mieszkanie, lubię swoje osiedle, jednak nie lubię tej gierkowskiej bylejakości, która w 1970 roku była cudem, ale już dawno przestała zachwycać. Co jakiś czas staram się tę bylejakość poprawiać, ulepszać i powoli mam dość. Mieszkając w mieszkaniu, które ma prawie 50 lat, w którym naprawdę trudno jest zrobić  coś, co poprawi jego wygląd i standard  czuję się jakaś gorsza. Taki drugi sort.  Albo i trzeci.

Czy zapach może uratować życie?

Jak co dzień, wracałam tramwajem z treningu. Byłam już blisko końca trasy do domu, gdy do wagonu wsiadła pewna kobieta. Znam ją z widzenia. Pani ma poważne problemy zdrowotne, objawiające się publicznym używaniem mocno niewyszukanego języka oraz niezwykle rzadkim stosowaniem wody i mydła.  Zanim się zorientowałam, że wsiadła, było za późno, żeby uciec – tramwaj ruszył. Na bezdechu przejechałam jeden (straaaaasznie długi) przystanek i wysiadłam,gdy tylko motorniczy otworzył drzwi.  Akurat na przystanku obok „mojego” szpitala. A skoro już wysiadłam, to pomyślałam, że pójdę się zapisać na mammografię, która należy mi się raz w roku jak psu zupa, a termin kolejnej minął dwa tygodnie temu.  Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Pani w rejestracji przyjęła mnie natychmiast, bo nie było innych chętnych. Znalazła mnie w systemie, zadała kilka pytań, a ostatnie brzmiało: ” Chce pani zrobić badanie teraz?” Jasne, że chciałam.  Po kilkunastu minutach było po wszystkim. Wynik za tydzień.

I w taki to sposób pewna chora kobieta, a w zasadzie zapach, który roztaczała,  być może uratował  mi życie.

Jak często  rządzi nim przypadek?…

Takie tam…

Tydzień temu, podążając piwnym szlakiem, po raz kolejny trafiliśmy do Bambergu. Naszym celem było Frankońskie Muzeum Browarnictwa.  Nie będę się jednak rozpisywała o turystycznych i piwnych walorach tego miasta, bo to każdy może sobie znaleźć w sieci.  Wszystko, co piszą o Bambergu jest prawdą i naprawdę warto tam pojechać. Jeśli ktoś jest koneserem piwa, to może być w tym mieście albo wniebowzięty, albo nieszczęśliwy. Wszystko zależy od czasu, jaki możecie poświęcić na pobyt w Bambergu i od zasobności kieszeni, bowiem warzy się tu około 50 gatunków piwa. Żeby spróbować choćby połowy z nich i nie stracić smaku trzeba tak mniej więcej dwa-trzy tygodnie. Ale ja nie o tym.

Więc jesteśmy w Bambergu i kręcąc się autem po wąskich uliczkach w niedalekiej odległości od rzeczonego muzeum szukamy miejsca do zaparkowania. Uliczki wąskie, strome, ruch dość spory. Już wiemy, gdzie jest nasz upatrzony parking, więc tuż przy muzeum skręcamy w wąską uliczkę, prowadzącą dość stromo pod górkę. Skręcamy i stop! Przed nami stoi ciężarówka,a  przed nią autokar. Z góry jedzie miejski autobus, który kilkadziesiąt metrów wcześniej ruszył z przystanku. W połowie drogi między jednym a drugim autobusem stoi zaparkowane jakieś nieduże auto osobowe. My mamy szansę ominąć stojących przed nami i przecisnąć się w stronę parkingu, więc robimy to. Żadne większe auto nie zmieści się w tym przesmyku, więc robi się korek. Jadąc, zastanawiamy się, dlaczego autobus zatrzymał się w tak niewygodnym miejscu. Awaria? Pewnie tak.

Po zaparkowaniu auta schodzimy zatarasowaną uliczką w stronę muzeum. Z obu stron jest już niezły korek i aut ciągle przybywa.  Kiedy dochodzimy do autobusu-zawalidrogi sytuacja się wyjaśnia. Widzimy, jak powolutku, noga za nogą, wspierając się na balkonikach lub ramionach opiekunów do autobusu zmierzają stareńkie panie i stareńcy panowie.  Muszą przejść przez wąską jezdnię, wejść na chodnik, żeby dojść do drzwi autobusu i przy wydatnej pomocy opiekunów wejść do jego  wnętrza. Niektórzy przemieszczają się na wózkach, które potem opiekunowie przeprowadzają do samochodu transportowego. Cała operacja trwa i trwa.  A aut w korku przybywa. I co? I nic. Nikt na nikogo nie trąbi, nikt nie wysiada z samochodu, żeby pokrzyczeć na tego, co z przodu. Nikt nie komentuje całej operacji. Idealny spokój i zrozumienie sytuacji.

Czy u nas było by tak samo? Myślę, że nie.  Pewnie pojawiłyby się komentarze na temat starszych państwa i tego, gdzie powinni do autokaru wsiadać, i że „Kto to widział!”, i że „Ktoś nie pomyślał!”, i że „Ja się śpieszę!”. I pewnie jeszcze coś.

Ale nie ma obaw. U nas do takiej sytuacji nie dojdzie. Bo kto by ciągnął na wycieczki starych ludzi z Domu Opieki? Komu by się chciało? Przecież to tylko kłopot! Poza tym co babcia czy dziadek z takiej wycieczki będzie miał, skoro już nie bardzo wie, na jakim świecie żyje?

Tu starzy Niemcy narzekają na warunki w tego typu placówkach, bo drogo i zdarza się, że opiekunki bywają niemiłe…

Dobre rady, na szczęście po czasie

Na FB czy gdzieś indziej ktoś rzucił pytanie: Co byś powiedziała sobie młodej? I tak się od kilku dni zastanawiam, jakich bym sobie udzieliła rad i wskazówek, patrząc z perspektywy swoich 58 lat.

Sobie szesnastoletniej powiedziałbym: Korzystaj z okazji i ucz się francuskiego więcej niż tylko w szkole. Miałam możliwość, ale jakoś mi się nie chciało, a nie było komu mnie zmusić.

Sobie studentce zasugerowałabym skupienie się na studiach, a nie na wychodzeniu za mąż. Oczywiście otworzyłabym sobie oczy na osobę kandydata na męża, bo symptomy były widoczne gołym, acz nie zakochanym, okiem.

Sobie rozpoczynającej pracę, powiedziałbym: „Nie bój się wyzwania! Korzystaj z okazji i wybierz to, co korzystniejsze, a nie to, z czym sobie na pewno poradzisz.”

I jeszcze: „Bądź pewniejsza siebie. Nie usprawiedliwiaj cudzych błędów, nie bierz na siebie cudzych win.”

Siebie młodej  nie spotkam. I może dobrze, bo byłabym dziś kimś innym, być może obarczona jeszcze większymi życiowymi błędami. Życie jest sumą zbiegów różnych okoliczności, przypadków i decyzjji, które jakoś tam nas kształtują. Nie ma idealnych ludzi i idealnego życia. Tylko czasem nam się wydaje, że gdybym wtedy…, że gdyby ktoś… Jest jak jest i tyle. Dlatego staram się nie udzielać młodym (zbyt dużo) rad.