Notatki z podróży

Obiecałam Wam film z tańcem bednarzy, ale okazał się za długi, a pokazanie go w wersji skróconej zwyczajnie nie ma sensu. Kiedy OM wrzuci go na YouTube, podeślę link.

A tymczasem „urlopuję”. Dla mnie ten urlop jest jak kara za grzechy, ale naprawdę nie mam aż tyle na sumieniu, żeby uczestniczyć w takiej eskapadzie. Mamy za sobą Nymburk, bo trzeba było zobaczyć wystawę poświęconą Hrabala. Potem Wielkie Popowice, bo trzeba było drugi raz zwiedzić browar i muzeum. Potem było Brno, w którym spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym niemieckim małżeństwem i oczywiście odbyliśmy rajd po piwiarniach. Następnym miastem było węgierskie Kecskemet. Jako nieletnie pacholę mój OM przeczytał o tym mieści w czytanie do języka polskiego i po pięćdziesieciu latach zapragnął je zobaczyć. Miasto dość sympatyczne, ale – jak wiecie – ludzie posługują się tam językiem z innej galaktyki! Dobrze, że w hotelu były napisy po angielsku i niemiecku.

To  krótka widokówka z Kecskemet. Dzwony ratuszowe o każdej pełnej godzinie wygrywają jakieś melodie. To akurat piosenka ludowa, ale w repertuarze jest też muzyka poważna.

Ponieważ przy tym samym  placu mieszczą się jeszcze trzy kościoły, to bywa, że wszystkie dzwony biją jednocześnie. Taka miejscowa osobliwość. Dziś przyjechaliśmy do Belgradu, który był głównym celem mojego męża- powsinogi. Jutro będzie tu giełda birofilska, czyli spotkanie wariatów, którzy zbierają wszystko, co ma związek z piwem. Giełda jest organizowana po raz pierwszy przy okazji Festiwalu Piwa. W poniedziałek zacznie się mozolny powrót do domu. Potrwa około tygodnia. A potem przez tydzień nie wyjdę z domu dalej niż do najbliższego spożywczaka!

Marzenie się spełniło:)

No i nadszedł ostatni dzień pobytu u Frau. Zmiennik przyjechał w czwartek wieczorem. W piątek od rana uczył się tego, co będzie robił przez najbliższe dwa miesiące. Od soboty oficjalnie to już jego działka, ale Frau i tak bez przerwy woła: ” Kristof!”. Oczywiście co chwilę upewnia się czy przyjedziemy za dwa miesiące i czy „Kristof” będzie do niej dzwonił. Nie ma się co dziwić – z małymi przerwami mieszka z nią już ponad dwa lata.

Ale ja nie o tym. Chcę się podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Czekaliśmy na ten dzień długo i z nadzieją, że jakimś cudem uda nam się spędzić  go w Kulmbach. To nieduże, ale naprawdę urocze miasteczko w rejencji Górna Frankonia. Mieszka tam około 26 tys. ludzi. Nad miastem góruje twierdza Plassenburg, widoczna niemal z każdego miejsca. Oczywiście, jak w większości górnofrankońskich miast, jest tu wiele mniejszych i większych browarów, a Tydzień Piwa jest wielkim świętem i okazją do zabawy. Dziś właśnie miała miejsce uroczysta inauguracja tego święta. Naprawdę było na co popatrzeć! Od dawna marzyło nam się obejrzenie tańca bednarzy, którego tradycja wywodzi się z Monachium i sięga XVI wieku. Tańczą sami mężczyźni, odtwarzając kilka skomplikowanych układów. Ich rekwizytami są obręcze beczek, owinięte zielonymi gałązkami. Jest też flaga, beczka i obręcze z umieszczonymi na nich kieliszkami, którymi wiruje (znaczy obręczami, a nie kieliszkami) dwóch tancerzy. Piękne, kolorowe widowisko, któremu towarzyszy skoczna muzyka. Udało mi się sfilmować ten taniec i postaram się go tu zamieścić, choć nie dziś, bo z umiejętnościami u mnie krucho. Spróbuję po  powrocie do domu zrobić to przy pomocy normalnego komputera, bo dziś mam tylko tablet.  Po uroczystym rozpoczęciu imprezy korowód muzyków, bednarzy, mieszkańców miasta i turystów ruszył na miejsce piwnej biesiady, gdzie pewno bawią się do tej pory.

My musieliśmy opuścić  to urocze miejsce, bo jechaliśmy do Bayreuth – miasta festiwali Wagnerowskich i pięknego Ermitażu.

Ale o tym już innym razem.

Po nieprzespanej nocy

Urodziłam się zaledwie kilkanaście lat po wojnie i chyba od zawsze chciałam tylko jednego – spokoju wokół. Moje dzieciństwo takie właśnie było.  Spokojne. Żyło się skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Jedne buty na zimę, tenisówki na lato, sandałki malowane Wilbrą na niedzielę, a na co dzień kromka chleba posypana cukrem i pochlapana wodą, żeby ten cukier nie spadł.  Jak horroru słuchałam rozmów dorosłych o wojnie w Wietnamie, o czołgach w Pradze, ale to nie burzyło mojego dziecięcego spokoju. Był chleb i było dobrze.

A potem były lata siedemdziesiąte. Już coś tam rozumiałam, a przynajmniej starałam się rozumieć, ale jeszcze nie dotykało mnie to tak bardzo, bo ważniejsza była szkoła, przyjaciele, książki, teatr. Świat dorosłych i świat polityki był, ale obok. No i przyszedł rok 1980. Dla mnie bardzo ważny. Wtedy urodziło się moje dziecko.  Młode mamy, spotykając się na spacerach, często pytają:” A kiedy synek/córeczka się urodził/-a?” Ja na to pytanie często odpowiadałam:”Przed samymi strajkami.”  To pokazuje, jak bardzo ważne były to wydarzenia. Pamiętam, jak każdego ranka, o szóstej, słuchałam radiowych wiadomości i  z jakim uczuciami czekałam na informację, że Porozumienia zostały podpisane. W swojej naiwności, żeby nie powiedzieć – bezgranicznej głupocie – myślałam, że teraz to już będzie dobrze. Że już będę żyła w spokoju. Co było dalej, wszyscy wiemy.

Od jakiegoś czasu znowu miałam nadzieję, że moje marzenie o życiu w kraju, w którym nie muszę interesować się polityką, może się ziścić. No i figa z makiem. Dziś mam prawie sześćdziesiąt lat. Jak mawia mój przyjaciel „Czas korzystać z życia, bo to nasza ostatnia dekada.” Tylko jak mam z tego życia korzystać? Jak mam żyć spokojnie, kiedy wokół trwa demolka? Wyjechać?  Zamknąć się w domu? Odciąć od świata, udając, że on nie istnieje?  Zawsze będę głośno mówić, co myślę, ale co to da? Dlaczego, żeby państwo w środku Europy funkcjonowało na cywilizowanych zasadach, ludzie w moim wieku, ale i starsi i młodsi również, muszą stać w nocy ze zniczami pod Sejmem, odgrodzeni od wybrańców narodu barierkami i kordonem policji? Mam dość. Najchętniej bym nie wracała do Polski. Ale wrócę. Tym razem jeszcze wrócę.

Przepraszam za tę wynurzenia, ale w nocy oglądałam relację z posiedzenia czegoś, co było nazwane Komisją Sprawiedliwości.

Samo mi się myśli

Dziś był pierwszy od tygodnia pogodny dzień. Po południu zrobiło się wręcz gorąco. W słońcu temperatura przekroczyła 30 stopni. Czekałam na taką pogodę, żeby bez przeszkód popracować w ogrodzie. W ubiegłym tygodniu co chwilę przeganiał mnie deszcz. Ogród nie jest duży, a i tak największą powierzchnię zajmuje trawnik. Jest trochę róż, trochę różnych iglaków, kilka krzewów wiśni laurowej, budleja, japońskie drzewko  z brązowymi liśćmi i rudbekie. Każdy krzew ma inny odcień zieleni. Tak sobie to zaplanowała przed laty Frau. Dziś ma 86 lat i już trzeci rok jest niepełnosprawna. Odkąd porusza się tylko na wózku inwalidzkim, wymaga całodziennej opieki. Na swój ogród spogląda z balkonu i boleje nad tym, że nie może o niego sama zadbać. Zanim zaczęłam tu przyjeżdżać, czyli przez pierwsze lato niepełnosprawności Frau, ogrodem zajmowała się córka. To dość specyficzna osoba. Jest jak tornado – wpada  do ogrodu, przycina, kopie, wyrywa, a potem szybko zmyka, pozostawiając po sobie trudny do przewidzenia bałagan. Ten typ tak ma i już:) Ostatnio po jej wizycie pod kosodrzewiną znalazłam szpadel, a przy oczku wodnym liście leszczyny, którą przycinała. Przycięła, część śmieci sprzątnęła, a część nie. Po prostu. Frau w takich razach kręci głową i powtarza: „Tipische Birgit!” Jest trochę roztrzepana, ale bardziej chyba zalatana, bo ma sporo obowiązków i męża „dyrektora”.

No więc od dwóch lat ogrodem zajmuję się ja. Przycinam krzewy, wapnuję i nawożę trawnik, żeby nie było mchu i tępię chwasty. Bo w ogrodzie Frau nie ma racji bytu nic, co nie zostało zasadzone ludzką ręką.  Ponieważ  mam dokładnie taki sam stosunek do wszelkiego zielska, to  wyciągam z ziemi wszystko, co zielone i co uda mi się okiem nieuzbrojonym zauważyć. To mozolna i powolna robota. Najwolniej idzie mi zawsze wydłubywanie roślinek spomiędzy kostki na podjeździe. Nie uznaję chemii, więc całymi godzinami siedzę sobie na gąbkowej poduszce i nożem wyciągam jakieś ledwie widoczne roślinki, które zwykle mają długaśne korzenie.

Jak tak siedzę i dłubię, to różne myśli przychodzą mi do głowy.  I zawsze, choćbym nie chciała, zaczynam myśleć o moim tacie.

Miał 17 lat (tyle co teraz moja najstarsza wnuczka), kiedy został wywieziony do Niemiec i przez trzy i pół roku pracował w tartaku pod Hanowerem. Rzadko mówił o tamtym czasie. Tam nauczył się niemieckiego, ale po wojnie używał go tylko w czasie studiów, na lektoracie. Jednak do końca życia, kiedy musiał coś pomnożyć, robił to na palcach i po niemiecku. Tak się nauczył, bo  kiedy liczył drewno, Niemiec musiał go rozumieć.  Pracował ciężko, jadł byle co, a barak mieszkalny był taki, że przez dach zawsze było widać gwiazdy. Latem i zimą.

No więc kiedy tak wybieram spomiędzy kostki brukowej roślinkę po roślince, to samo mi się myśli o moim tacie i o wszystkich, którzy te  niemal 80 lat temu byli tu niewolnikami.

Taka data

Siedzę sobie od tygodnia w Bawarii i jestem nieco odcięta od świata. Po niemiecku, jak wiecie, nie gadam, rozumiem niewiele, polskiej tv nie oglądam, a że dzień podobny do dnia to i daty jakoś umykają mojej uwadze. Dziś jednak zwróciłam uwagę na to, że jest 14. lipca, bo czytałam o urodzinach pewnej lubianej aktorki.  No i naszły mnie osobiste refleksje, bo dokładnie 38 lat temu popełniłam największe głupstwo w swoim życiu. Zupełnie niepotrzebni, głupio i wbrew zdrowemu rozsądkowi wyszłam za mąż. Byłam bardzo młoda, zaledwie po pierwszym roku studiów, i – niestety – zakochana. Tym się usprawiedliwiam. Jednak miałam rodziców, którzy byli dorosłymi, naprawdę niegłupimi  ludźmi i nijak nie mogę zrozumieć, że nie wybili mi z głowy tego małżeństwa.  Na tyle poznali mojego przyszłego męża, że powinna im się była zapalić jakaś lampka w głowach!  Najlepiej czerwona! I alarm ostrzegawczy powinien im się był włączyć! A tu nic! Pełne przyzwolenie na to, żeby sobie dziecko elegancko i w majestacie prawa spieprzyło życie!  Nigdy nie zrozumiem dlaczego nie wzięli wtedy miotły i nie pogonili tego mojego absztyfikanta na cztery wiatry. Albo żeby chociaż wyrazili zgodę na to szaleństwo, ale po moich studiach. Bez ich zgody za ten mąż bym nie wyszła, a do końca studiów było na tyle daleko, że na pewno by mi przeszło. Dziś to wiem.

Było – minęło. Szkoda tylko straconego czasu i zdrowia. 

Wymuszone wakacje

Ledwie półtora miesiąca posiedziałam w domu i znowu ruszam w drogę. Najpierw do kuzynki, a potem do męża. Jak zwykle niezwykle niechętnie. Pociąg mam o 7.27, więc wstać muszę około 5 rano. Może w ogóle nie powinnam się kłaść? Kilka minut po 12.00 będę w moim Powiatowym Mieście, tam  grzecznie poczekam 3,5 godziny na autobus PKS i po 27 minutach w końcu dotrę na miejsce.  W sumie to nie bardzo wiem, po co tam jadę. Z kuzynką i ciotkami mam stały kontakt telefoniczny, mąż wraca do domu pod koniec miesiąca, więc ta moja wycieczka jest naprawdę bez sensu, ale jestem nieasertywna i dałam się przymusić.

Zdecydowanie bardziej wolałabym zostać w domu i zajmować się swoimi sprawami.  Im jestem starsza, tym mniej chce mi się wychodzić z chałupy. Może dziwaczeję? Tak czy inaczej to jeden z moich ostatnich wyjazdów. Odpracuję jeszcze wakacyjną eskapadę z mężem i szlus! Do wiosny, a może nawet do lata nie ruszę się z domu na dłużej niż jeden dzień.

A póki co  pozałatwiałam wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy, wysprzątałam na błysk mieszkanie,  wyprałam i wyprasowałam wszystko, co mi wpadło w ręce, oddałam książki do biblioteki, zaopatrzyłam się w kod do aplikacji Legimi, kupiłam bilet i… usiadłam do komputera, żeby trochę pomarudzić.

Pobyt u męża zamierzam poświęcić na spisywanie rodzinnych historii. Ponoć jestem tą, która zna najwięcej  opowieści sięgających nawet stu lat wstecz, bo byłam najbliżej z naszą babcią, która twierdziła, że „Najlepiej to było za cysorza”. Zaś na pytanie „Dlaczego?”, odpowiadała: „Bo miałam wtedy czternaście lat!” :)

Mobilizuję do rejestrowania takich wspomnień mojego wujka i ciotki. Fajnie się konfrontuje to, co zapamiętali odnośnie tych samych sytuacji.

Słoneczka Wam życzę:)))

* * *

Coraz rzadziej tu zaglądam. Jeśli już to tylko po to, żeby poczytać, co tam u Was ciekawego się dzieje.  Czasem nawet pomyślę, że warto by o czymś napisać, ale za chwilę przychodzi refleksja, że przecież tym swoim wpisem niczego ciekawego ani istotnego nie wniosę, więc po co?

Życie płynie dość monotonnie, bez głębszego sensu i specjalnych wrażeń. Czasem nawet nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. Co robię całymi godzinami? W zasadzie nic. Poza tym, co niezbędne czyli przygotowywaniem sobie jak najprostszych posiłków, sporo czytam, rozwiązuję krzyżówki, czasem coś obejrzę w telewizji. Ale bardzo rzadko, bo nie lubię. Po wakacjach w ogóle rezygnuję z tv. Nie chcę, żeby mi się do głowy sączył ten brud.

W czasie długiego weekendu miałam gości. Dla mnie to coś wyjątkowego, bo niezwykle rzadko odwiedza nas ktoś z rodziny. Zawsze im za daleko. Tym razem, niejako przy okazji, które stworzył im los, przyjechały do mnie dwie dziewczyny (czytałam, że to słowo jest ponoć wyrazem lekceważenia kobiety!). Jedna to moja cioteczna siostra Ania, a druga – cioteczna bratanica Kasia, czyli córka mojego zmarłego 11 lat temu ciotecznego brata. Fajne dziewczyny, ale obie potyrpane nieźle przez życie. Obie jakoś sobie nie mogą poradzić z przeszłością. Wloką za sobą ten worek krzywd i nieszczęść i nijak nie mogą się go pozbyć. Jak już go gdzieś upchną, to i tak za jakiś czas wyciągają go, żeby zajrzeć i przypomnieć sobie, co też tam schowały. I z jedną, i z drugą łączą mnie nie tylko rodzinne historie, ale i podobne doświadczenia, więc przy mnie zaglądają do owych worków jakoś chętniej. Chętniej przeglądają ich zawartość, porównują, analizują. A mnie to męczy. Ja nie chcę się w tym babrać. Zapomniałam. Wyparłam. Nie chcę pamiętać.

Ale i tak cieszę się, że były.

Za kilka dni wyjeżdżam. Zaczynają się moje dłuuuuugie wakacje. Najpierw do kuzynki. głownie po to, żeby odwiedzić moje dwie stare ciocie. Jedna ma 76, a druga 81 lat. Każda okazja do spotkania jest tym bardziej cenna, im są starsze.

Potem jadę do męża. Zupełnie bez sensu, bo po trzech tygodniach wracamy razem do domu. Zdecydowanie wolałabym spędzić te trzy tygodnie w domu, ale niejako wymusił na mnie ten przyjazd. Ale to nie koniec mężowskich pomysłów. W tym roku wykombinował sobie wakacyjny wyjazd do Belgradu. Przez Pragę i Brno, a w drodze powrotnej Kraków. Zła jestem z tego powodu już od marca. Nienawidzę podróży, wyjazdów licho wie po co i dokąd. Był sobie Belgrad beze mnie tyle tysięcy lat, to i do końca świata mógłby istnieć bez mojej tam obecności. Ale nie! Mój mąż zadbał o to, żebym się tam pojawiła. Już mu zapowiedziałam, że to ostatnie takie wakacje. Nigdy więcej wyjazdów dalej niż 100 km od domu. Już się wystarczająco najeździłam.

Za oknem na przemian deszcz, wiatr i słońce. Cieszą się działkowcy, bo wszystko rośnie, jak na drożdżach. Gorzej mają urlopowicze nad morzem. Mnie taka zmienna pogoda bardzo odpowiada, bo jest czym oddychać.

Rozrywka nie do końca umysłowa

Miałam może z pięć lat, kiedy dowiedziałam się, że na świecie istnieją krzyżówki.  Nie takie zwierzątka jak muł, ale takie do rozwiązywania. Pewnego razu wujek zapytał jak inaczej można powiedzieć na płot, a ja dzięki temu odkryłam wyraz bliskoznaczne i możliwość ich wykorzystania  do wpisywania w krateczki. Od tego dnia zawsze męczyłam go, żeby mi dawał takie wyrazy „do zgadywania”. Kiedy nauczyłam się pisać, maniakalnie rozwiązywałam krzyżówki w pisemkach dla dzieci, a potem w Rozrywce. Każda krzyżówka była przygodą. Trzeba było szperać w encyklopedii, w atlasach i słownikach. Czasem nieźle się musiałam nabiedzić, zanim rozwiązałam wszystkie hasła. Na moim stole leżała Rozrywka, stosy książek, w kubeczku ołówki o odpowiedniej twardości i oczywiście gumka. Trochę naśladowałam w tym mamę, przed którą żadne zadanie nie miało tajemnic – krzyżówki wszelkich typów, szarady, rebusy – rozwiązywała wszystko jak leci i rzadko korzystała ze źródeł. Naprawdę byłam pełna podziwu dla jej wiedzy i analitycznych umiejętności.

Do dziś kupuję pisma szaradziarskie. Lubię Jolki, swatki i  panoramiczne. Najbardziej lubię  takie, które wymagają niestandardowego myślenia, skojarzeń. Ale dziś rozwiązywanie krzyżówek przestało mieć posmak przygody. Nie znam rozwiązania hasła? Trudno. Od czego jest wujek Google i ciocia Wikipedia? Oni wiedzą wszystko i zawsze chętnie podpowiedzą. Rozwiązuję krzyżówki na pewnym znanym portalu, ale już mnie to tak nie cieszy, jak kiedyś. To już nie jest rozrywka stricte umysłowa. Takie czasy, że wszystko jest w zasięgu ręki. Nazwa Botswany do 1966 roku też.

Ludzie w busie

I znowu w domu. Przyjechałam we wtorek po południu. Podróż miałam w miarę przyjemną, bo w busie było nas tylko sześcioro. Przy dziewięciu osobach jest niewygodnie, bo ciasno i często duszno. Zwykle każdy oprócz walizek, które są w bagażniku,  ma jeszcze jakieś torby, torebki, zimą ciepłe kurtki, poduszki- jaśki, bo niektórzy jadą nawet  kilkanaście godzin i wtedy każdy marzy  o tym, żeby przytulić głowę do jaśka wetkniętego między pas bezpieczeństwa i głowę.Busami podróżuje „opiekunkowo” i „budowa” czyli panie, które pracują w Niemczech jako opiekunki starych ludzi i panowie, pracujący w różnych firmach budowlanych. Mężczyźni są  zwykle młodzi. Tak do 35 – 40 lat, bo praca na budowie to nie przelewki. Panie to najczęściej emerytki, ale bywają też młodsze. Zwykle są to matki dorastających dzieci, które mają ciągle rosnące potrzeby, czasem któraś zarabia na remont domu czy mieszkania. Inne mają na głowie męża-pijaka,  niespłacone kredyty albo komornika.  Dla jednych praca w Niemczech jest jednorazową przygodą, inne jeżdżą tam latami. Pracują w polskich firmach, które pośredniczą w zatrudnianiu opiekunek, zwykle nieźle na tym zarabiając. Te bardziej zdeterminowane decydują się na pracę na czarno. Bywa, że jest to praca w ciężkich warunkach – przy bardzo uciążliwym podopiecznym, do którego nikt z żadnej firmy nie chce przyjechać. Zdarzają się też bardzo nieprzyjemne rodziny podopiecznych. Rozmawiałam  kiedyś z kobietą, która pojechała na czarno do opieki nad jedną osobą. Na miejscu okazało się, że podopiecznych jest dwoje – oboje z poważną demencją. I trzy osoby do opieki było by mało, bo starszy pan notorycznie uciekał z domu, a pani potrafiła brać kąpiel w oczku wodnym. Jeśli jedno w nocy spało, to drugie chodziło po domu i trzeba było czuwać, żeby nie doszło do jakiegoś nieszczęścia. Zdarzało się, że starsza pani coś schowała i oskarżała opiekunkę o kradzież, robiła karczemne awantury. Pytam, dlaczego w tej sytuacji nie wróciła do domu? Odpowiedź była prosta: „Nie miałam pieniędzy nawet na podróż.”

Zwykle opiekunka ma zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Nie oznacza to jednak, że może kupić w sklepie to, na co ma ochotę. W pewnym domu pod Hanowerem pan robi zakupy na weekend na trzy osoby i są to: dwa sznycle, które każe opiekunce podzielić na cztery, do tego dwa pomidory i mały bochenek chleba. Na sugestię, że może by tak opiekunka kupiła sobie jakiś jogurt, podopieczny stwierdził, że jak chce, to niech kupi, ale za swoje, bo przecież u niego zarabia.

Bywają też inne historie. Jedna z dziewczyn, którą spotkałam kiedyś w busie była samotną matką. Uwolniła się  od męża, który pił i bił, ale nie miała gdzie mieszkać. Udało jej się znaleźć pracę opiekunki gdzieś w bawarskiej wiosce. Nie znała języka, nie bardzo wiedziała dokąd jedzie, ale nie miała wyjścia. Spakowała siebie i dziecko i tak stanęła na progu domu pewnego niestarego jeszcze  pana, chorującego na SM. Dom był daleko za wsią, tuż przy lesie. Opowiadała, że bardzo się bała, ale nie miała wyjścia.  O dziwo, pan nie protestował przeciwko obecności dziecka.  Na początku porozumiewali się przy pomocy elektronicznego tłumacza. Po kilku miesiącach komunikacja wyglądała już nieco lepiej. Najszybsze postępy w niemieckim robiła córeczka tej pani. Ona sama też wiele pracy wkładała w naukę języka. Pomocny był Internet, miejscowe gazety, sprzedawczyni w wiejskim sklepie. Trwało to około dwóch lat, po których podopieczny zaproponował swojej opiekunce małżeństwo. Stwierdził, że nie ma rodziny, a szkoda, żeby dorobek jego życia kiedyś przejęło państwo. I tak opiekunka wyszła za mąż za swego podopiecznego. Kiedy mi o tym opowiadała, słyszałam w jej głosie i wdzięczność, i radość, i poczucie bezpieczeństwa. Było w jej opowieści wiele  ciepła i chyba miłości do męża – człowieka, który  dał jej to, o czym kilka lat temu nie śmiała nawet  marzyć.

Ile ludzi – tyle historii.

Miałam pisać o swoim powrocie, o pobycie, ale nie wyszło. Bywam dygresyjna i nic na to nie poradzę:)