Licznik się kręci…

Licznik kręci się dzień i noc, zielone pole jest coraz szersze, liczba ofiarodawców zbliża się do osiemdziesięciu tysięcy, a nadzieja na ratunek dla Filipka rośnie. Zostały jeszcze cztery dni i wierzę, że uda się zebrać potrzebną kwotę. Ludzie są dobrzy. Po prostu. Te wpłaty cieszą i wzruszają. Ktoś przesyła anonimowo 4,85 zł i pisze, że tylko tyle miał na koncie. Może sprawdził, że ma jeszcze w domu trochę chleba, jakieś ziemniaki czy kaszę, więc mu starczy jedzenia, żeby doczekać do wypłaty czy emerytury? To ten wdowi grosz. Ktoś oddał choremu dziecku wszystko, co miał. Ktoś inny pisze, że nie ma wiele, więc niewiele daje, ale będzie się modlił. Rekordową kwotę, zaskakująco dużą, wpłacił ktoś anonimowo. Ponoć zaskoczenie rodziców Malucha było przeogromne!  Każdy dzieli się tym, co ma. A jak ktoś nie ma, to chociaż udostępnia informację. To też dużo. Na początku udostępnień na fb było niewiele – tyle, ile jest rodziny i znajomych. Dziś to około trzydziestu ośmiu tysięcy! No i media. Na początku trudno było kogokolwiek zainteresować problemem, ale po pierwszej publikacji w tv wszystko ruszyło jak lawina. Ludzie są dobrzy. Naprawdę.

I tylko czasami pojawia się myśl, że przecież wszystkie dzieci w Polsce są ubezpieczone i powinny mieć zapewnione leczenie za darmo. To państwo powinno zapłacić za leczenie dziecka za granicą, jeśli u nas nie ma takiej możliwości. Bo te pieniądze są. Tyle tylko, że idą na inne cele, do innych ludzi. Niestety, przeważnie tam, gdzie nie powinny. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego, co czują rodzice, kiedy patrzą na swoje umierające dziecko i mają świadomość, że mogłoby żyć, gdyby mieli pieniądze, bo ratunek jest kilkaset kilometrów od miejsca, w którym żyją. I mają też świadomość, że ktoś dostaje od państwa miliony na realizację swoich wymysłów, a oni muszą wyciągać rękę do obcych po pomoc. Nie tak powinno być!

Wierzę, że Filipkowi się uda. Za kilka lat, kiedy podrośnie, będzie grał z tatą w piłkę i będzie chodził na randki z dziewczynami.:)))

Serdecznie dziękuję wszystkim Wam za wsparcie!


https://www.siepomaga.pl/filip-banas

Deszczowy tydzień

Właśnie mija druga niedziela  mojego pobytu w Obcych Landach. Zaczęło się paskudnie, bo od awarii samochodu. Niestety, dość kosztownej. Ale pieniądze są po to, żeby je wydawać, więc nie rozpaczamy.  Gorzej, że pogoda jest fatalna. Nie ma dnia bez deszczu, ciągle wieje, a temperatura nie przekracza w dzień 15. stopni. Mowy nie ma o pracy w ogrodzie. Jedyne, co mi się udało zrobić między kolejnymi ulewami, to powyrywać przekwitłe rudbekie.  Powinnam jeszcze poprzycinać niektóre krzewy, ale  ciągle są mokre, więc cierpliwie czekam na sprzyjający moment.   Gdybym była u siebie, na pewno mniej by mi ta paskudna jesień przeszkadzała. Tu, mimo że jestem już siódmy czy ósmy raz, nie czuję się swobodnie.  Oprócz codziennych drobnych zajęć  domowych nie mam co robić.  Trochę czytam. Ostatnio reklamowane „Córki Wawelu” Anny Brzezińskiej i kryminalną fińską trylogię J.K. Johansson „Laura”, „Noora”, „Venla”. 

Po”Córkach Wawelu” spodziewałam się więcej. Fabuła, dość prosta, żeby nie powiedzieć infantylna, przeplata się tu ze stricte naukowymi wtrętami. Między tymi elementami narracji nie zachowano jakichś sensownych proporcji i przez to treść bywa momentami nużąca. Trzeba jednak przyznać, że autorce udaje się zręcznie przechodzić od fabuły do informacji naukowych. Doczytam do końca, ale bez zachwytu.

Fiński kryminał jest interesujący nie tyle ze względu na intrygę, co na realia, w jakich się rozgrywa. Zupełnie nie znam ani Skandynawii, ani Skandynawów. Coś tam wiem o życiu w Szwecji, Danii czy Norwegii, ale jest to wiedza pochodząca jedynie z mediów. O Finlandii wiem tyle, ile nauczyłam się sto lat temu w szkole. Tym ciekawiej czyta mi się historię osadzoną w realiach małego fińskiego miasteczka. 

Oczywiścieczytam też Wasze blogi. 

Poza czytaniem mam swoje krzyżówki, służące gimnastyce umysłu. Staram się rozwiązać przynajmniej jedną dziennie, bo z moją pamięcią różnie bywa. Są pewne przypuszczenia skąd się owe kłopoty biorą, ale ponieważ na przeszłość nie mam wpływu, to staram się zadbać o przyszłość.

W ostatnich dniach staram się też choć trochę pomóc w zbiórce pieniędzy na leczenie Filipka. Bardzo dziękuję Roksanie i Stokrotce za wsparcie akcji. Dziś w Faktach Wrocław był krótki reportaż o sytuacji Filipka. Czy zaowocuje to wpływami na konto? Trudno powiedzieć. Mamy nadzieję, że tak się stanie. 

Jeśliktoś zechce wiedzieć więcej proszę kliknąć


https://www.siepomaga.pl/filip-banas 

Żeby obejrzeć reportaż, trzeba wejść na stronę Fakty Wrocław.

Wdowi grosz…

Mamy w dalszej rodzinie wielkie zmartwienie i jeszcze większy kłopot. Półtora roku temu urodził się chłopczyk, u którego w trzeciej dobie życia zdiagnozowano nowotwór. Nie będę opisywała całej drogi przez mękę, którą przechodzi i dzieciaczek , i cała jego rodzina. Kto ma choć trochę wyobraźni, temu taka relacja nie jest potrzebna. 

Możliwościleczenia w Polsce już się skończyły. Na szczęście dziecko zostało zakwalifikowane do leczenia w Niemczech. Ma to kosztować ogromne pieniądze, które trzeba zebrać w ciągu kilkunastu dni. Zbiórka jest prowadzona przez pewną fundację i na fb można obserwować jej przebieg. Patrzę i przez pół dnia ryczę, kiedy widzę wpłaty po 5 czy 7 złotych.

Ile dobroci musi być w sercu człowieka, który dzieli się być może ostatnim groszem! 

W sklepie

Kolejka w supermarkecie. Przed nami szczuplutka blondynka z włosami upiętymi w fantazyjny koczek. Marynarka, spodnie rurki, szpilki. Wiek – pewnie dobrze po czterdziestce. Obok blondynki sklepowy wózek i dwoje dzieci. Dziewczynka, tak na oko pięcioletnia i ze cztery lata  starszy chłopiec.

Kiedy stajemy za blondynką w kolejce, dziewczynka bardzo płacze.  Kobieta zdaje się ją ignorować, ale w pewnej chwili odwraca się do dziecka i głośno, nieznoszącym sprzeciwu tonem mówi:

– Ja się z tobą rozprawię! Tylko stąd wyjdziemy! Przygotuj się na to ! Psy-chicz-nie!!!
Po czym zwykłym tonem do ekspedientki:

– Poproszę pół kilo szynki.

Wypowiedziawszy te słowa odwraca się do chłopca:

- A ty jesteś wychowany?!

- No jestem. – odpowiada cicho dziecko.

- Jesteś? Nie jesteś wychowany. Ale ja cię wychowam! O! Takim kijem cię wychowam! I tu pokazała, jaki długi będzie ten kij.  Skruszony chłopiec cichym głosem próbuje się bronić i szepce, że mama go czasem biła. Na co usłyszeliśmy wszyscy:

- Za mało cię biła! Ale ja cię wychowam!!!

Ekspedientka zważyła pół kilo szynki, blondynka włożyła zakup do koszyka i odeszła. Dzieci razem z nią. Dziewczynka dalej płakała, chłopiec szedł ze spuszczoną głową. Nie wydawał się zbyt przejęty krzykami kobiety. 

Wszystko to trwało nie dłużej niż trzy, może cztery minuty.

Nie mogę przestać myśleć o tej sytuacji. Mam wyrzuty sumienia, bo nie zareagowałam. Poziom agresji tej kobiety dosłownie mnie poraził. Odebrało mi mowę.

* * *

Przymierzałam się do napisania kilku słów o Belgradzie, o wrażeniach z Rumunii, ale jakoś mi się to wszystko rozłazi w szwach. Coś tam wystukałam na brudno, ale jakieś to liche. O zabytkach i historii miasta nie ma sensu pisać, bo każdy może sobie znaleźć tę wiedzę w necie. Cerkwie, kościoły i muzea – podobne do siebie. Strasznie mnie rozczarowało muzeum Nikoli Tesli. Ekspozycja jest uboga i nienowoczesna. A szkoda, bo można to było jakoś ciekawiej przedstwić.

Moje wrażenie są pozbawione entuzjazmu, bo Belgrad jest brzydki i brudny. Ma bardzo rozbudowaną komunikację miejską, która działa bez rozkładu jazdy, czyli jeździ, jak chce. Tabliczki z nazwami ulic znajdziecie tylko na terenie Starego Miasta, w pobliżu twierdzy Kalemegdan. To taka turystyczna część miasta. Ładny widok na ujście Sawy do Dunaju psuje powszechny brud, zaniedbane trawniki, przepełnione kosze na śmieci. Plusem są mili ludzie. Na dodatek większość mówi dobrze po angielsku.

To tyle. W następnym roku na pewno nie dam się namówić na żaden długi wyjazd.

Zaczęła się jesień. Jest zimno, pada. Pewnie tak samo, jak i u Was. Czas wypełniam sobie rozwiązywaniem krzyżówek i czytaniem. Jeszcze nie wróciłam na fitness i… chyba tam nie wrócę. 

To tyle.

Kolekcjonerzy w Belgradzie

Nareszcie jestem w domu! Szczęśliwie dotarliśmy na miejsce w czwartek późnym popołudniem. Weekend poświęciłam na rozpakowywanie maneli, pranie, prasowanie. I na sprzątanie balkonu, który w czasie naszej nieobecności upodobały sobie gołębie. Nie obyło się bez porządnych rękawic, wrzątku i żrącej chemii. Jutro kupujemy siatkę, żeby się odciąć od tego elementu miejskiej przyrody.

A teraz pierwsze wspomnienie z urlopu. Naszym głównym celem była giełda birofilska w Belgradzie. Od dziewiętnastu lat odbywa się tam Festiwal Piwa i w tym roku po raz pierwszy imprezą towarzyszącą była giełda. Takie spotkania kolekcjonerskie są bardzo popularne w Polsce, Czechach, na Słowacji, w Niemczech. Wszędzie tam, gdzie pije się piwo. Kiedyś już pisałam, że zbierać można wszystko. Najbardziej popularne jest zbieranie kapsli, etykiet, otwieraczy, podkładek i szkła.  Ale i tu są wąskie specjalizacje. Można zbierać tematycznie, np. etykiety na których uwidoczniono stroje ludowe, środki transportu, kapsle emitowane z okazji wydarzeń sportowych, szkło tylko z jednego browaru albo szkło do jednego rodzaju piwa itd. Są zbieracze butelek z konkretnego browaru albo z konkretnego przedziału czasowego. Są kolekcjonerzy miniatur samochodów służących do transportu piwa, są tacy, których  interesują stare fotografie browarów. Co kolekcjoner to pomysł.

Giełda w Belgradzie była malutka. Pewnie dlatego, że to był pierwszy raz.  Przyjechała spora grupa Słowaków, kilku Czechów, jeden Węgier, małżeństwo Austriaków, a z Polski my i nasz znajomy z Lublina. Podobnie jak rok temu w Rydze mieliśmy stoliki obok siebie. Byli też Serbowie, ale ton imprezie nadawali Słowacy, bo było ich najwięcej. Z wieloma  nich znamy się  od lat, więc była okazja do pogadania, uwiecznienia spotkania na zdjęciach i wypicia kufelka. Jak zwykle było głośno, radośnie, serdecznie. Pogoda nam sprzyjała, bo było prawie 40 stopni ciepła. Chciałam pokazać Wam krótki film, ale wyświetlił mi się komunikat, że nie można zamieścić pliku „w związku z bezpieczeństwem”. Pojęcia nie mam, komu i czemu tych kilkanaście sekund filmu może zagrozić, ale trudno.

DSC03513

 To fragment naszego stolika. Największe wzięcie miały miniaturki samochodów.

DSC03546 DSC03593

Najpierw polowanie na ciekawe okazy, a na koniec wspólne zdjęcie giełdowiczów i organizatorów.

DSC03574 I jeszcze jedno zdjęcie. Tym razem ze starymi przyjaciółmi ze Słowacji.

Giełdy to nie tylko spotkania hobbystów, którzy chcą zdobyć nowe okazy do swoich kolekcji. W dużej mierze są to przefajne spotkania towarzyskie, bo wszyscy znamy się od lat. Dla niektórych to sposób na życie, na zwiedzanie świata, czasem na zarabianie.  Bywają tacy, którzy potrafią polecieć na inny kontynent, żeby zdobyć jedną etykietę czy butelkę. Bo to jest pasja. Jurek z Danką kupili większe mieszkanie tylko dlatego, że w starym nie mieściła się kolekcja kufli i pokali. Jacek wozi rodzinę na wakacje tam, gdzie jest giełda. Dlatego w ubiegłym roku odpoczywali w Jurmali, a w tym gdzieś niedaleko Belgradu. My przez wiele lat organizowaliśmy taką giełdę w naszym mieście. Teraz, ze względu na charakter pracy OM, nie jesteśmy w stanie tego robić. Rekompensujemy to sobie wyjazdami na giełdy przygotowane przez innych. Aż się boję myśleć, dokąd  OM zawlecze mnie za rok.

 

 

Notatki z podróży

Obiecałam Wam film z tańcem bednarzy, ale okazał się za długi, a pokazanie go w wersji skróconej zwyczajnie nie ma sensu. Kiedy OM wrzuci go na YouTube, podeślę link.

A tymczasem „urlopuję”. Dla mnie ten urlop jest jak kara za grzechy, ale naprawdę nie mam aż tyle na sumieniu, żeby uczestniczyć w takiej eskapadzie. Mamy za sobą Nymburk, bo trzeba było zobaczyć wystawę poświęconą Hrabala. Potem Wielkie Popowice, bo trzeba było drugi raz zwiedzić browar i muzeum. Potem było Brno, w którym spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym niemieckim małżeństwem i oczywiście odbyliśmy rajd po piwiarniach. Następnym miastem było węgierskie Kecskemet. Jako nieletnie pacholę mój OM przeczytał o tym mieści w czytanie do języka polskiego i po pięćdziesieciu latach zapragnął je zobaczyć. Miasto dość sympatyczne, ale – jak wiecie – ludzie posługują się tam językiem z innej galaktyki! Dobrze, że w hotelu były napisy po angielsku i niemiecku.

To  krótka widokówka z Kecskemet. Dzwony ratuszowe o każdej pełnej godzinie wygrywają jakieś melodie. To akurat piosenka ludowa, ale w repertuarze jest też muzyka poważna.

Ponieważ przy tym samym  placu mieszczą się jeszcze trzy kościoły, to bywa, że wszystkie dzwony biją jednocześnie. Taka miejscowa osobliwość. Dziś przyjechaliśmy do Belgradu, który był głównym celem mojego męża- powsinogi. Jutro będzie tu giełda birofilska, czyli spotkanie wariatów, którzy zbierają wszystko, co ma związek z piwem. Giełda jest organizowana po raz pierwszy przy okazji Festiwalu Piwa. W poniedziałek zacznie się mozolny powrót do domu. Potrwa około tygodnia. A potem przez tydzień nie wyjdę z domu dalej niż do najbliższego spożywczaka!

Marzenie się spełniło:)

No i nadszedł ostatni dzień pobytu u Frau. Zmiennik przyjechał w czwartek wieczorem. W piątek od rana uczył się tego, co będzie robił przez najbliższe dwa miesiące. Od soboty oficjalnie to już jego działka, ale Frau i tak bez przerwy woła: ” Kristof!”. Oczywiście co chwilę upewnia się czy przyjedziemy za dwa miesiące i czy „Kristof” będzie do niej dzwonił. Nie ma się co dziwić – z małymi przerwami mieszka z nią już ponad dwa lata.

Ale ja nie o tym. Chcę się podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Czekaliśmy na ten dzień długo i z nadzieją, że jakimś cudem uda nam się spędzić  go w Kulmbach. To nieduże, ale naprawdę urocze miasteczko w rejencji Górna Frankonia. Mieszka tam około 26 tys. ludzi. Nad miastem góruje twierdza Plassenburg, widoczna niemal z każdego miejsca. Oczywiście, jak w większości górnofrankońskich miast, jest tu wiele mniejszych i większych browarów, a Tydzień Piwa jest wielkim świętem i okazją do zabawy. Dziś właśnie miała miejsce uroczysta inauguracja tego święta. Naprawdę było na co popatrzeć! Od dawna marzyło nam się obejrzenie tańca bednarzy, którego tradycja wywodzi się z Monachium i sięga XVI wieku. Tańczą sami mężczyźni, odtwarzając kilka skomplikowanych układów. Ich rekwizytami są obręcze beczek, owinięte zielonymi gałązkami. Jest też flaga, beczka i obręcze z umieszczonymi na nich kieliszkami, którymi wiruje (znaczy obręczami, a nie kieliszkami) dwóch tancerzy. Piękne, kolorowe widowisko, któremu towarzyszy skoczna muzyka. Udało mi się sfilmować ten taniec i postaram się go tu zamieścić, choć nie dziś, bo z umiejętnościami u mnie krucho. Spróbuję po  powrocie do domu zrobić to przy pomocy normalnego komputera, bo dziś mam tylko tablet.  Po uroczystym rozpoczęciu imprezy korowód muzyków, bednarzy, mieszkańców miasta i turystów ruszył na miejsce piwnej biesiady, gdzie pewno bawią się do tej pory.

My musieliśmy opuścić  to urocze miejsce, bo jechaliśmy do Bayreuth – miasta festiwali Wagnerowskich i pięknego Ermitażu.

Ale o tym już innym razem.

Po nieprzespanej nocy

Urodziłam się zaledwie kilkanaście lat po wojnie i chyba od zawsze chciałam tylko jednego – spokoju wokół. Moje dzieciństwo takie właśnie było.  Spokojne. Żyło się skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Jedne buty na zimę, tenisówki na lato, sandałki malowane Wilbrą na niedzielę, a na co dzień kromka chleba posypana cukrem i pochlapana wodą, żeby ten cukier nie spadł.  Jak horroru słuchałam rozmów dorosłych o wojnie w Wietnamie, o czołgach w Pradze, ale to nie burzyło mojego dziecięcego spokoju. Był chleb i było dobrze.

A potem były lata siedemdziesiąte. Już coś tam rozumiałam, a przynajmniej starałam się rozumieć, ale jeszcze nie dotykało mnie to tak bardzo, bo ważniejsza była szkoła, przyjaciele, książki, teatr. Świat dorosłych i świat polityki był, ale obok. No i przyszedł rok 1980. Dla mnie bardzo ważny. Wtedy urodziło się moje dziecko.  Młode mamy, spotykając się na spacerach, często pytają:” A kiedy synek/córeczka się urodził/-a?” Ja na to pytanie często odpowiadałam:”Przed samymi strajkami.”  To pokazuje, jak bardzo ważne były to wydarzenia. Pamiętam, jak każdego ranka, o szóstej, słuchałam radiowych wiadomości i  z jakim uczuciami czekałam na informację, że Porozumienia zostały podpisane. W swojej naiwności, żeby nie powiedzieć – bezgranicznej głupocie – myślałam, że teraz to już będzie dobrze. Że już będę żyła w spokoju. Co było dalej, wszyscy wiemy.

Od jakiegoś czasu znowu miałam nadzieję, że moje marzenie o życiu w kraju, w którym nie muszę interesować się polityką, może się ziścić. No i figa z makiem. Dziś mam prawie sześćdziesiąt lat. Jak mawia mój przyjaciel „Czas korzystać z życia, bo to nasza ostatnia dekada.” Tylko jak mam z tego życia korzystać? Jak mam żyć spokojnie, kiedy wokół trwa demolka? Wyjechać?  Zamknąć się w domu? Odciąć od świata, udając, że on nie istnieje?  Zawsze będę głośno mówić, co myślę, ale co to da? Dlaczego, żeby państwo w środku Europy funkcjonowało na cywilizowanych zasadach, ludzie w moim wieku, ale i starsi i młodsi również, muszą stać w nocy ze zniczami pod Sejmem, odgrodzeni od wybrańców narodu barierkami i kordonem policji? Mam dość. Najchętniej bym nie wracała do Polski. Ale wrócę. Tym razem jeszcze wrócę.

Przepraszam za tę wynurzenia, ale w nocy oglądałam relację z posiedzenia czegoś, co było nazwane Komisją Sprawiedliwości.