Świąteczne pierogi

Dziś, na specjalne życzenie Giny, przepis na pierogi z kapustą i grzybami. Postaram się opisać wszystko  najbardziej dokładnie i starannie.

Farsz

Dzień przed gotowaniem kapusty zalewam zimną wodą ok. 10 dkg suszonych grzybów i przykrywam je np. talerzem. Grzyby moczę w szklanej misce. Na drugi dzień przelewam grzyby z wodą do garnka i gotuję je ok. pół godziny.

Jeśli nie masz suszonych grzybów, możesz dodać do farszu przesmażone pieczarki. Oczywiście przyprawione solą i pieprzem.

Na ok. 200 pierogów potrzeba 3 kg kiszonej kapusty. Jeśli jest zbyt kwaśna, trzeba ją przepłukać zimną wodą. Potem gotuję ją na małym gazie mniej więcej godzinę. Wody w garnku powinno być tyle, żeby nie przykrywała kapusty. Po zawrzeniu trzeba kapustę mieszać, żeby nie przylgnęła do dna, nie przypaliła się i równomiernie się ugotowała. Oczywiście nie przykrywamy garnka pokrywką, ale mieszkanie trzeba wietrzyć ;) W zależności od upodobań smakowych do gotowania można dodać ziela angielskiego, ziarnistego pieprzu, liści laurowych albo kminku. Ja nie dodaję, bo nie lubię.

Ugotowaną kapustę wylewam na sito i czekam aż odcieknie i wystygnie. Potem zakładam gumowe rękawiczki i robię to, czego najbardziej nie lubię – wyciskam ręcznie płyn, jaki został w kapuście po ugotowaniu.

Kiedy kapucha jest w miarę pozbawiona owego płynu, drobno kroję kilka cebul. Ilość też zależy od upodobań. Zwykle dodaję jedną sporą cebulę na kilogram świeżej kapusty.  Pokrojoną cebulę podsmażam na oleju rzepakowym. Trzeba pilnować, żeby się nie przypaliła. Lepiej niech będzie tylko zeszklona niż by się miała przypalić.

Jak już mam ugotowaną i odciśniętą kapustę, ugotowane i odcedzone grzyby (wodę z gotowania grzybów zostawiam, bo może się przydać do „dosmaczenia” farszu) i zeszkloną cebulę, to wszystko przepuszczam przez maszynkę do mielenia. Kiedyś kroiłam nożem, ale nie ma sensu dodawać sobie roboty.

Tak przygotowany farsz podsmażam na patelni, żeby wszystkie składniki dobrze się połączyły i żeby reszta wody odparowała. Ponieważ robię to znowu na oleju, farsz nie jest suchy. To jest też ten moment, kiedy trzeba go doprawić. Ja dodaję tylko mielonego pieprzu – najlepiej takiego zmielonego na pył, bo z młynka wychodzą za duże kawałki i potem przy jedzeniu może dojść do przykrej niespodzianki – nie ma nic gorszego niż kawałek pieprzu, który utknie gdzieś w gardle;)

Farsz można, a nawet powinno się zrobić dzień wcześniej, żeby się „przegryzł”.

A teraz ciasto.

Często spotykam się z tym, że dziewczyny nie robią pierogów, bo ciasto zawsze wychodzi im za twarde, trudno je rozwałkować, a jeszcze trudniej zlepić. Tajemnica tkwi w temperaturze wody, którą zalewamy mąkę.  Ciasto na pierogi lubi ciepło, więc do jego przygotowania powinno się używać naczyń szklanych lub plastikowych (kiedyś tylko drewnianych).

A więc: do lekko ogrzanej szklanej miski wsypuję ok. 4-5 szklanek (poj. 0,25) mąki (pszenna typ 500 ), dodaję trochę soli i zalewam wrzątkiem. Szybko mieszam drewnianą łyżką (może być plastikowa, ale nie metalowa, żeby ciasto nie stygło), a potem dodaję 1-2 łyżki stołowe oleju (może być też masło lub inny tłuszcz) i szybko wyrabiam całość. Można to robić w misce, ale wygodniej jest na stolnicy lub blacie. Jeśli ciasto bardzo klei się do rąk, to trzeba dodać mąki, ale nie za dużo – musi być miękkie. Kiedy ciasto jest ciepłą, plastyczną kulą, wkładam je z powrotem do miski i przykrywam talerzem. Pamiętajcie, żeby do ciasta na pierogi NIE dodać jajka, bo będzie twarde! Zostawiam je tam na ok. 15 min. W tym czasie robię sobie kawę i przygotowuję miejsce do lepienia pierogów:)

A potem już tylko wałkowanie kawałków ciasta (nigdy całe od razu), wycinanie kółeczek (mam do tego specjalnie zachowaną z dawnych czasów szklankę), nakładanie farszu i lepienie. Ot, cała pierogowa filozofia.

Podpowiem jeszcze, że takie pierogi można zrobić nawet na kilka tygodni przed Wigilią i zamrozić. Ponieważ nienawidzę bezsensownej roboty i pierogów dwa razy gotowanych, mrożę surowe.  Na dno szuflady w zamrażalniku kładę papier do pieczenia i na nim układam pierogi tak, żeby się ze sobą nie stykały. Ponieważ szuflady mam tylko dwie, to jakiś czas temu mąż mi przyniósł od Pana Szklarza przycięte na wymiar szuflady szklane płytki i teraz między pierogami  układam trzy klocki, na nich kładę szkło przykryte kolejnym kawałkiem papieru do pieczenia i znowu warstwę pierogów. Tym sposobem w jednej szufladzie mieści mi się ok. 150 pierogów. Kiedy zamarzną, wrzucam je do woreczków, opatruję stosowną metką i już:)

Takie pierogi gotujemy jak każdą inną mrożonkę – do dotującej, osolonej wody wlewamy nieco oleju, wrzucamy pierogi, mieszamy drewnianą łyżką, żeby nie przylgnęły do dna, a po wypłynięciu gotujemy na małym gazie nie dłużej niż 3 minuty. Jeśli ciasto jest cienkie, to krócej.

Mam nadzieję, że trochę pomogłam. Jeśli ktoś ma jakieś „pierogowe” pytania, to oczywiście postaram się odpowiedzieć.

Smacznego:)

Życie toczy się dalej…

            Ledwie dwa tygodnie temu pisałam o historii Młodej Mamy, a mam wrażenie, że było to bardzo dawno temu. Może dlatego, że tak wiele się działo. Mnóstwo emocji, rozmów, wątpliwości i straszna determinacja z jej strony, żeby się nie dać, żeby wytrwać.

Dziś Młoda Mama ze swoją siedmioletnią Córką mieszka u Brata. Mało brakowało, a musiałaby się przenieść do Domu Samotnej Matki, bo Brat niemal uległ namowom Matki, żeby „wymówić” MM schronienie i w ten sposób zmusić ją do powrotu do domu. Przy czym Matce nie zależało na powrocie Córki. Wyraźnie napisała, że Córka może robić co chce, ale ma jej oddać(!) Wnuczkę. 

Kilka dni temu odbyło się w MOPS spotkanie w związku z Niebieską Kartą. Ojciec, któremu tę kartę założono, zachował się zgodnie ze swoim stylem bycia, czyli ponoć lekceważąco wobec urzędniczek. Ponieważ przywołały go do porządku, poskarżył się żonie, która zrobiła urzędniczkom awanturę w stylu „Jak śmiecie tak traktować ludzi!”. Na dodatek zrobiła tę awanturę w miejscu publicznym. Dym się z tego zrobił na całą wieś. W efekcie Matka jest obrażona na wszystkich, czemu daje wyraz wpisami na fb.  Kompletna dziecinada. Czasem mam wrażenie, że ona straciła możliwość zdrowego i w miarę obiektywnego oceniania rzeczywistości.

Tymczasem MM zapisała dziecko do nowej szkoły, załatwiła Córce darmowe obiady i transport na zajęcia szkolnym autobusem. Dostała namiary na psychologa i zamierza skorzystać z terapii. Wysłała kilkadziesiąt cv i biega na rozmowy o pracę. Odzew był niemal natychmiastowy i w zasadzie pracę już ma, ale szuka dalej, bo ma czas do końca grudnia i może uda się jej znaleźć coś lepszego.  Pracy we Wrocławiu jest dużo, ale problem w tym, że szkolna świetlica jest czynna od 7 do 17 i MM musi znaleźć pracę na jedną zmianę. Dziewczyna matyle energii, że postanowiła spróbować zdać dwa ostatnie egzaminy maturalne. Bratowa załatwia jej darmowe korki z matematyki, MM sama powtarza podstawy niemieckiego. Może jej się uda? Oby!

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zaoferowali pomoc MM, a szczególnie Ginie! 

GINO, JESTEŚ WIELKA I MASZ CIEPŁE SERCE!

Powoli zbliżają się święta. Zrobiłam już pierogi z kapustą i grzybami (synowej i sobie). Dziś będę lepiła uszka. Jeszcze bigos (zawekuję), gołąbki (na ostatnią chwilę przed wyjazdem, żeby były świeże), klops (inaczej pieczeń rzymska) i jakieś ciasto. To na zamówienie męża:)  Nie wiem, czy mi się w walizce zmieszczą jakieś ciuchy;)

Życie rodzinne

Usiadłam przed laptopem, żeby opisać sytuację, o której napomknęłam wczoraj i nie bardzo wiem, od czego zacząć. Od ostatnich wydarzeń, czy może od tych, które dały im początek? Sprawa jest z jednej strony banalna, z drugiej tragiczna.  Musiałam zająć stanowisko, wiedząc, że tracę dobre (?) relacje z bliską kuzynką, stając po stronie jej córki, ale nie jestem w stanie postąpić  inaczej.

Tym trudniej mi to pisanie przychodzi, że dotyczy osób z mojej rodziny. Zacznę więc od początku.

Trzydzieści trzy lata temu moja kuzynka wyszła za mąż. Miała zaledwie 19 lat i skończone technikum ekonomiczne. Jej mąż był/jest  o cztery lata starszy. Zdaje się, że skończył jakąś zawodówkę, ale pewna nie jestem. Cała rodzina była zdziwiona tym, że jej rodzice nie próbowali odwieść córki od pomysłu wyjścia za mąż właśnie za tego chłopaka, bo – będąc przez kilkadziesiąt lat sąsiadami ich rodziny – nie mieliśmy o nich najlepszej opinii. Normą były u nich niemal cotygodniowe karczemne awantury, bójki, alkohol. Ale na zakochanie i ośli upór nie było rady. Wtedy dziewczyny wychodziły za mąż wcześnie i nikogo to nie dziwiło, więc i argument młodego wieku nie zadziałał. Nie oni jedni młodo się pobrali.

Czarne scenariusze ciotek zaczęły się sprawdzać dość szybko. Zaledwie miesiąc po ślubie Mąż pierwszy raz zrobił awanturę i zdemolował mieszkanie. O tym pierwszym razie szybko dowiedzieli się jej rodzice, ale mleko się już rozlało -  ślub się odbył i pozostawało mieć tylko nadzieję, że sytuacja się nie powtórzy. Ale nadzieja jest matką głupich i – niestety – umiera ostatnia.  Do kolejnych awantur dochodziło dość systematycznie. Po roku urodził im się syn. Oczywiście niczego to nie zmieniło w postępowaniu Męża. A Żona? A Żona coraz częściej nie przyznawała się do tego, czego na co dzień doświadczała. Z czasem przychodziło jej to tym łatwiej, że po dziesięciu latach wybudowali dom i przenieśli się do sąsiedniej miejscowości. Niby to tylko trzy kilometry, ale wystarczająco daleko, żeby w domu jej rodziców nie było słychać wrzasków i wyzwisk. Mniej więcej w tym samym czasie na świat przyszło kolejne dziecko. Tym razem córka. Żona, teraz już matka dwójki dzieci, pracowała jako urzędniczka, a Mąż udawał, że prowadzi warsztat. Udawał, bo rzadko coś robił, a częściej pił. Jego miejsce pracy stało się miejscem spotkań towarzyskich kompanów od kieliszka. A raczej od flaszki, bo wódka zawsze lała się tam strumieniem. Co robiła Żona? NIC. Była bita, nie raz nocą , z dwójką dzieci uciekała z domu do mamy. Za każdym razem mówiła, że już do męża-pijaka nie wróci i za każdym razem wracała. Wystarczyło, że on po nią przyjechał i obiecał, że już teraz będzie dobrze, że nie będzie pił.  A przyjeżdżał wtedy, gdy lodówka i gary były puste. Kilka razy pobił ją tak, że była potrzebna pomoc lekarska. O wielu takich sytuacjach dowiadywaliśmy się dopiero po latach. A tymczasem dzieci rosły… W szkole średniej syn zaczął mieć problemy z ukończeniem kolejnej klasy. Matka przeniosła go do wieczorówki i razem skończyli czwartą klasę. Razem, bo ona po latach postanowiła zdać maturę. Zdali oboje i oboje poszli na zaoczne studia. Oboje w tym samym czasie zrobili licencjat. Udało się. Mniej więcej w tym samym czasie  kłopoty zaczęła sprawiać Córka. Uciekała z lekcji, była arogancka. W połowie drugiej klasy gimnazjum przyznała się matce, że jest w ciąży. Szok. Matka stanęła na wysokości zadania. Otoczyła córkę opieką, potem stała się rodziną zastępczą dla wnuczki. Dla Młodej Mamy, paradoksalnie, urodzenie dziecka stało się początkiem czegoś dobrego. Musiała wydorośleć. Z całkiem niezłym wynikiem skończyła gimnazjum, a potem jakieś zaoczne liceum. Nie ma matury, ale średnie wykształcenie zdobyła. Pracuje, jakoś sobie radzi. W międzyczasie brat się wyprowadził,  usamodzielnił, ożenił.  Ojciec jak pił i bił, tak pije i bije. Może nie ma już tyle sił, co kiedyś, ale choroba alkoholowa zrobiła swoje i jego agresja jest coraz większa i coraz częstsza. Matka jak zamiatała wszystko pod dywan, tak zamiata i bagatelizuje.  Przed otoczeniem i przed samą sobą.  W ich domu nikt z nikim nie rozmawia. Oni na siebie wrzeszczą.

Wiele razy rozmawiałam z kuzynką o ich sytuacji. Pytałam, dlaczego nigdy nie wezwała policji, nie zgłosiła w prokuraturze pobicia. W odpowiedzi słyszałam, że ja go nie znam, że on by ją zabił, gdyby to zrobiła, że ona mu wybacza, że gdzie ona pójdzie, jak on ją z domu wyrzuci (u mamy nie zamieszka, bo tam nie ma ciepłej wody – to jeden z argumentów), a w końcu, że on już teraz tak nie pije, bo jest po operacji serca, a i wątroba już nie ta, co kiedyś. Byłam u nich ostatnio pięć dni. Tylko jednego dnia był trzeźwy. W pozostałe dni kompletnie pijanego  targała  do sypialni, rozbierała, kładła do łóżka.

Tydzień temu dostałam od ich Córki rozpaczliwego smsa, że nie wytrzymała i w czasie kolejnej awantury wezwała policję. Ojciec trafił do Izby Wytrzeźwień, założono mu Niebieską Kartę. No i zaczęło się! Cała rodzina – matka, babcia, dziadek, wujek – stanęła po stronie ojca-pijaka, bo to przecież córka go prowokuje, bo ona jest zła, a już na pewno jest narkomanką, bo „gdyby nie brała narkotyków, to na pewno by taka pyskata nie była”. A on jest dobry, on by jej nic nie zrobił, tylko ta wódka go tak zmienia… Dziewczyna bała się po pracy wrócić do domu. Obawa była uzasadniona, bo już następnego dnia w czasie kolejnej awantury (słyszałam przez telefon, bo przerażona dziewczyna do mnie zadzwoniła), kiedy policja w zasadzie nie okazała jej żadnej pomocy, z obawy o swoje i dziecka zdrowie i życie, uciekła z domu. Może słowo „uciekła” nie jest do końca adekwatne do sytuacji, bo przyjechał po nią i zabrał do siebie brat, ale jak zwał, tak zwał – wracać do domu nie ma zamiaru. Zwyczajnie boi się, że kolejna awantura może się skończyć tragedią, o jakich czasem się słyszy w telewizji (nawet w ostatnich dniach). Matka nie okazała jej w tej sytuacji żadnej pomocy, bagatelizując sytuację i usiłując  przerzucić winę za całe zajście na córkę. Być może stąd zerowa reakcja policjantów, którzy przyjechali na interwencję.

Dziś obie – Młoda Mama i jej Córka – pomieszkują u jej brata. Dziewczyna szuka pracy i jakiegoś dachu nad głową. Łatwo nie jest i nie będzie, ale jej determinacja jest ogromna. Do domu wrócić nie chce. Zresztą chyba nikomu na tym nie zależy. Jej rodzice chcą tylko jednego – żeby im przywiozła wnuczkę, bo bez nie ponoć nie wyobrażają sobie życia.

Młoda Mama szuka wsparcia w instytucjach, które są do tego powołane. Dziecko idzie do nowej szkoły. Mam nadzieję, że uda jej się wszystko poukładać i będą obie żyły w spokoju. Jak każdy – zasługują na to.

Wczoraj napisałam, że może ktoś z Was będzie mógł pomóc.  Mam na myśli pomoc w znalezieniu taniego dachu nad głową  i pracy.  Może ktoś, coś? Chodzi o Wrocław.

Po dwóch miesiącach

Spojrzałam na datę pod moim ostatnim wpisem i zobaczyłam, że dokładnie od dwóch miesięcy nie wydusiłam z siebie ani słowa. Mam w głowie kompletną pustkę. Życie płynie, ciągle coś się dzieje i bezpośrednio obok mnie, i w kraju, a mnie to jakoś omija, nie budzi emocji. Może to zmęczenie tym polityczno-medialnym szumem, a może poczucie bezradności, bo co taki marny żuczek może? Pomachać łapkami, pobrzęczeć i … nic więcej.

Cały październik byłam w Niemczech, a ponieważ niemiecki – jak już pewnie wiecie – znam  tylko ze słyszenia, to moja rzeczywistość ograniczała się do spożywczych zakupów w kilku sieciówkach i u rzeźnika (który oprócz mięsa sprzedaje również pyszne bułeczki) oraz do ogrodu i walki wręcz z … mchem. Mogłabym tak  funkcjonować chyba do końca życia. Niestety, zbliżał się listopad i poczucie obowiązku sprawiło, że wróciłam do kraju. Wszak wraz z listopadem  zbliżało się Święto Zmarłych i wiejskie wyścigi na największy ogródek i największe zniczowe ognisko na grobach najbliższych. Od lat nie ulegam presji otoczenia w tym względzie i mam w nosie, że znajomi sobie pogadają. Kilka dni spędziłam w mojej (niemal) rodzinnej wsi, aż w końcu dotarłam do domu. Po powrocie, jak zwykle,  nie mogłam się pozbierać. Zawsze tak mam, że po dłuższej nieobecności potrzebuję przynajmniej tygodnia, żeby wskoczyć na stare tory. Nie chciało mi się sprzątać, nie chciało mi się iść na fitness. Dopadła mnie kompletna niemoc! Nie żadna tam depresja tylko niechciejstwo. Nie zainteresował mnie nawet jubileusz mojego LO i możliwość spotkania dawnych znajomych. Nie poszłam, bo stwierdziłam, że już nic mnie z nimi nie łączy poza tym, że kiedyś tam chodziliśmy razem do szkoły. Na czterdziestolecie matury też się nie wybieram. Byłam przed laty na dwóch takich spotkaniach i przyznam, że czułam się zażenowana. Miałam wrażenie, że ci wszyscy ludzie przyjechali tylko po to, żeby się pochwalić – kasą, autem, domem, hobby w stylu „w golfa grywam”. Nie moja bajka:)

A potem, chyba z tego niechciejstwa, trochę się rozchorowałam i przeleżałam kilka dni w łóżku czytając i oglądając stare filmy. Dobrze, że nie wiedziałam, że właśnie zbieram siły do działania, że będę musiała podejmować oczywiste, ale trudne decyzje.

Tyle na dziś. Jutro zbiorę się w sobie i napiszę o tych decyzjach. Być może ktoś z Was będzie mógł pomóc?

Takie ładne słoneczko…

Za oknem piękne słońce, liście na drzewach lekko się kołyszą, ale czerwony słupek na balkonowym termometrze nie stwarza złudzeń. To już jesień. Nie da się na dłużej otworzyć na oścież balkonowych drzwi, nie da się przespać całej nocy przy otwartym oknie. Lato, jak zwykle, minęło za szybko. Powinnam była urodzić się na południu Europy, a nie w zimowej Jeleniej Górze. Tak rzadko jest mi naprawdę ciepło, że tych kilka naprawdę upalnych  dni latem, to stanowczo za mało. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Więc wyjęłam z szuflady ciepłe skarpety, sweter, jakieś bluzy i bluzki. Nawet czapkę z polaru sobie kilka dni temu kupiłam…  Szkoda lata…

Początek jesieni spędzę w Bawarii. Mężowi za kilka dni kończy się urlop i pora wracać do Frau. Korzystamy z faktu, że Frau nie chce innego opiekuna i dlatego akceptuje u siebie moją obecność. Dzięki temu uda nam się spędzić razem trzy miesiące. Dużo bym dała za to, żeby mąż pracował na miejscu, ale raczej nie ma na to szans. Szkoda, że nie jest hydraulikiem czy elektrykiem. Facet w „pewnym wieku” z niepraktycznym zawodem na naszym rynku pracy nie ma zbyt wielkich szans. 

Więc kuśtykam po domu (skręciłam nogę w kostce) i wyciągam z szafy ciuchy, które powinnam zabrać na ten miesiąc. I tak mi jakoś  niewesoło.

Znowu w domu

Szczęśliwie w ubiegłą środę wieczorem wróciliśmy do domu. Mam dosyć podróżowania na dłuuuuugo. Nie wiem ile kilometrów przejechaliśmy, ale trasa wiodła od Szczecina przez Wrocław, Kraków, Lublin, Jeruzal, Sejny, Wilno, Rygę, Suwałki, Kętrzyn, Świętą Lipkę, Grudziądz i znowu Szczecin. W niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się na dwa-trzy dni, w innych na kilka godzin.

Tak naprawdę odpoczywałam tylko w Krakowie. Nie cierpię zgiełku, tłumu turystów i tej całej cepeliady, która jest charakterystyczna dla Krakowa, więc darowałam sobie wędrówkę po tym mieście. W zasadzie nie wychodziłam z hostelu dzięki czemu mogłam się wyspać, poczytać.

Spodobała mi się Ryga. Prawdziwie europejskie miasto, w którym widać unijne pieniądze – odrestaurowane zabytki, wygodne ulice, zagospodarowane postindustrialne budynki. Wszędzie czysto, ładnie. Nie widziałam na ulicach ani pijanych, ani wystających w bramach wyrostków, obok których strach przejść, ani żadnych meneli. U nas , niestety, jest to częsty widok. Wracaliśmy nocą do hotelu i mieliśmy poczucie absolutnego bezpieczeństwa.

Straszliwego rozczarowania doznałam w Wilnie. Choć nie spodziewałam się tam zobaczyć  żadnych niezwykłości, bo dziś naprawdę nie trzeba pojechać do muzeum, żeby zobaczyć jego zbiory, to mimo wszystko liczyłam na jakieś pozytywne przeżycia.  Niestety. Pierwsze co zobaczyłam w Wilnie, to walące się kamienice, chaszcze, paskudne postradzieckie bloki z białej cegły z charakterystycznymi, zabudowanymi balkonami, które pełnią funkcję składzików na rupiecie. Na tych oszklonych balkonach nikt nigdy nie mył szyb, nie prał firanek. Ohyda. I nikt mi nie powie, że to wynika z biedy. To zwykła niechlujstwo i przyzwyczajenie do bylejakości. Jak u babci Pawlakowej: „Żeby jeszcze tej elektryki nie było, to byłabym już spokojna.” Z tyłu Ostrej Bramy kilka stoisk, na których biednie ubrane babinki sprzedają obrazki z Matką Boską, a przed Ostrą Bramą panie przewodniczki, które z egzaltacją charakterystyczną dla Barbary Wachowicz opowiadają historię tego miejsca. Mnie to nie wzrusza. Mnie to irytuje. Sorry, ale nie żyję legendą polskości Wilna, Mickiewicza i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Wilno jest stolicą Litwy i ciągłe wypominanie Litwinom i podkreślanie polskości tego miasta jest niezbyt ok.  Było, minęło. Żyjmy do przodu.

Fajnym miejscem okazała się wieś Jeruzal. Tam kręcono serial „Ranczo” . Może nie jestem jakąś szczególną fanką tej produkcji i spokojnie mogłam przeżyć bez obejrzenia kolejnego odcinka, ale uważam, że jest to jeden z lepszych filmów ostatnich lat. Niczego nie można zarzucić scenariuszowi, a każda rola to majstersztyk. Mieszkańcy wsi potrafili wykorzystać swoje pięć minut popularności czego efektem są dość licznie odwiedzający ich turyści. W sklepie „U Krysi” kupiliśmy chleb i kultowego „Mamrota”. Został wypity przez liczne grono ciekawych tego smaku fanów serialu. Wszyscy przeżyli;)

Fajnym miejscem okazały się Suwałki, choć dość trudno uwierzyć, że kiedyś było to miasto wojewódzkie. Poza ulicą przelotową, po której odbywa się ruch tranzytowy, jest raczej cicho i spokojnie. Cichym i spokojnym jest też muzeum mieszczące się w domu, w którym urodziła się Maria Konopnicka. Dostępne są tam trzy stałe wystawy poświęcone Aleksandrze Piłsudskiej, Suwalczankom i – oczywiście – twórczyni opowieści o krasnoludkach. Miłe panie przewodniczki dyskretnie towarzyszą zwiedzającym i w razie potrzeby służą swoją wiedzą.

Grudziądz to na naszej mapie jedynie miejsce noclegu, ale gdyby przyszło Wam szukać tam noclegu, to polecam karczmę z hotelem „Czarci Młyn”.

Z tej naszej eskapady bardzo zadowolony jest mój mąż, bo on nie potrafi usiedzieć na jednym miejscu zbyt długo, a ja jestem zadowolona, że on jest zadowolony, i że cało i zdrowo wróciliśmy do domu.

Moja przyjaciółka stwierdziła, że teraz to pewnie przez dziesięć następnych lat nie dam się wyciągnąć z domu.

 

Gdzieś między Poniewieżem a Kownem…

Nareszcie dorwałam się do netu! W ryskim hotelu mój tablet za nic nie chciał połączyć się z siecią, a teraz, gdzieś w przydrożnej knajpce na Litwie, między Poniewieżem a Kownem, hula aż miło.

Pogoda paskudna, więc zrezygnowaliśmy że zwiedzania Kowna. Boję się, że było by to takie samo rozczarowanie jak w Wilnie, więc bez żalu sobie odpuszczamy to miasto. Punktem docelowym są dziś Suwałki. Mamy tam zarezerwowany nocleg. Jutro kolejny etap drogi do domu.

Coraz bliżej domu…

Kiedy latanie po Krakowie już się mojemu mężowi lekko znudziło, bladym świtem ruszyliśmy do Wieliczki. Jako że nie ma siły, która by mnie zmusiła do oglądania czegoś, co jest pod ziemią, trzy godziny spędziłam spiąc na parkingu w aucie zagrzebana w śpiwór.

Kolejny etap podróży to dwie małe miejscowości w powiecie jasielskim. Stamtąd wywodzi się nasza rodzina. Nasza, czyli ta ze strony mojej Mamy. Byłam tam mniej więcej 50 lat temu, ale coś tam jeszcze pamiętam. Z tamtych obrazów do dziś pozostało niewiele – kościoły, cmentarze, może ze dwa, dziś już zrujnowane , domy. Dom stryjka jest w skansenie w Sanoku. Podobnie jak drewniany kościół, w którym była ochrzczona moja Mama i jej rodzeństwo, i w którym moja Babcia przyrzekła Panu Bogu, że jeśli wszyscy przeżyją wojnę, to ona codziennie będzie chodziła na mszę. Przeżyli i słowa dotrzymała.

Kolejny etap to Lublin. Mam tam (z formalnego punktu widzenia patrząc) byłą rodzinę – brata mojego exa i jego najbliższych. Rzadko się spotykamy, bo odległość jest znaczna, ale tym razem się udało. Było i biesiadowanie przy stole, i spacer po pięknej lubelskiej starówce, i piwo w browarze restauracyjnym, i święcenie bukietów. A mnie się udało zatańczyć na scenie w Ogrodzie Saskim fragment tańca sądeckiego;) Przynajmniej tak twierdzi mój młody partner, który przez większość swego życia tańczył w zespole folklorystyczny i jest „kaniorowcem”.

Wczoraj robiłam zakupy w sklepie Więcławskiej i na chwilkę przysiadłam w kościółku, w którym ksiądz Kozioł dawał ślub Lucy i Kusemu. Przepiękne miejsce, kościół z klimatem, bo stary, drewniany. Ludzie we wsi bardzo sympatyczni, a proboszcz nowy – dopiero od niedzieli sprawuje tam posługę.

Od wczorajszego wieczora zalegam w gospodarstwie agroturystycznym w miejscowości Posejnele.Pogoda pochmurna, więc pozalegam cały dzień.

Marzę o drodze powrotnej, o własnym łóżku, własnej łazience, kuchni i świętym spokoju. Niestety, przede mną jeszcze Wilno i Ryga. A potem już będzie z górki. Ale zapowiedziałam mężowi, że więcej się nie dam namówić na taką eskapadę.

Przepraszam za literówki, bo znowu stukałam jednym palcem na tablecie.

Nie lubię ruszać się z domu

Już nie jeden raz pisałam, że nie lubię podróżować. Tak mam, że żadnej frajdy mi nie sprawia oglądanie miejsc, o których istnieniu wiem, które widziałam na zdjęciach czy filmach. A już telepanie się na drugi koniec kraju w tym celu uważam za stratę czasu i pieniędzy. Nie ma we mnie tej ciekawości świata i już. Mój mąż ma odwrotnie. Jak tylko może to jeździ, zwiedza,ogląda i fotografuje. Jakby mu tego było mało, dzieli się wrażeniami z resztą świata na fb. Czasem godzę się jechać z nim, choć mnie to nudzi i męczy. Niedzielę i poniedziałek spędziliśmy u mojej rodziny. Odwiedziłam ciotki, posprzątałam groby rodziców i w zasadzie mogłam wracać do domu. Ale plany były inne,więc ruszyliśmy do Wrocławia. Na szczęście tylko na kilka godzin. Przyznam, że Wrocław mi się nie podoba. Poza centrum jest brudny i obdrapany. A najbardziej odrzuca mnie na widok przystanków tramwajowych, na których rozkłady jazdy są umieszczone w klejących się od brudu gablotach. Od wczoraj jesteśmy w Krakowie. Mieszkamy w hostelu -czyścutko, wygodnie – warunki idealne. Od rana leje jak z cebra, co nie powstrzymało mojego męża od spaceru na Rynek i licho wie dokąd jeszcze. Wrócił zmoknięty, wypił herbatę, zmienił skarpety i poszedł dalej. Tym razem na spotkanie z kolegą. Na szczęście nie ciąga mnie za sobą. Ja sobie spokojnie popijajam  herbatę i czytam książkę. Wawel był, jest i będzie niezależni od mojej tam obecności . Jakoś przeżyję następne etapy podróży. Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, bo przed nami jeszcze Lublin, Kazimierz Dolny, Wilno i Ryga. Potem będzie już z górki.

Przepraszam za bylejakość tego wpisu, ale stukam jednym palcem na tablecie, który czasem wyprzedza moje myśli i „poprawia” to, co napisałam, a ja nie wszystkie te „poprawki” wyłapuję.

Recenzja prawie kulinarna

Jakoś tak się ostatnio zgadałam z dwiema blogerkami na temat gruzińskich potraw, a konkretnie chaczapuri, że postanowiłam odwiedzić gruzińską restaurację, która jakiś czas temu powstała w moim mieście. Zachęcona relacją – https://lobuz.wordpress.com/2016/05/26/restauracja-imereti-kuchnia-gruzinska/ – namówiłam męża i poszliśmy. Było wczesne popołudnie, akurat pora, żeby coś zjeść. Przyznam, że chwilę trwało, zanim znaleźliśmy ową restaurację. Wcześniej w tym miejscu była świetna i bardzo popularna jadłodajnia i nawet do głowy mi nie przyszło, że taki fajny lokal przestał istnieć. Nie wiem, co o tym zdecydowało. Może ekonomia, może jakaś rodzinna historia – wszystko jest możliwe. Tak czy owak,  ciekawi i wnętrza, i obsługi, i smaków weszliśmy. Niestety, spotkał nas srogi zawód. Pierwsze wrażenie w moim przypadku jest zawsze najważniejsze, a to było jak najgorsze. Dwa stoliki były zajęte. W sumie siedziało przy nich chyba sześć osób, a  jedynym dźwiękiem był szept rozmów. Zero muzyki! Dal mnie lokal, w którym nie ma muzyki po prostu nie istnieje. Muzyka tworzy klimat, pozwala poczuć się swobodniej, pozwala rozmawiać nie czując skrepowania. Może restaurator nie lubi muzyki, a może postanowił oszczędzić na opłatach za jej odtwarzanie?

Za barem nikogo nie było, wiec wzięliśmy z lady menu wydrukowane na półkredowym papierze, zszyte zwykłym biurowym zszywaczem i usiedliśmy przy stoliku. Menu napisane po polsku w sposób komunikatywny, acz z błędami. To dodaje pewnego uroku i sugeruje, że właściciele są cudzoziemcami i choć nie do końca orientują się w naszym języku, to gotować „po swojemu” na pewno potrafią. To dość popularny chwyt, ale może okazać się najprawdziwszą prawdą.  No więc siedzimy i przeglądamy menu. Niektóre nazwy nic nam nie mówią, inne znamy. Uwagę zwracają ceny. Takie raczej warszawskie. Ale co tam! W końcu nie jest to studencka stołówka (choć wygląd wnętrza niewiele odbiega od stołówkowego stylu).

No więc siedzimy i przeglądamy. Przez szparę w niedomkniętych drzwiach do kuchni widzimy siedzącego pana, który z kimś rozmawia. Oparł dłonie o kolana, pochylił się i tak trwa. Może ma jakiś problem? Mamy wrażenie, że jest baaaaardzo pochłonięty rozmową. Tak bardzo, że nie zauważył ani naszego wejścia, ani tego, że zajęliśmy miejsca przy stoliku. No to sobie pomyśleliśmy, że nie będziemy panu przeszkadzać i wyszliśmy. Nie poznamy smaku potraw, które tam serwują, bo już nigdy więcej tam nie pójdziemy. Tym bardziej, że nie można się tam napić ani piwa, ani wina, bo właściciel nie ma koncesji.

W odległości około 15 minut spaceru jest browar restauracyjny Stara Komenda i tam poszliśmy, żeby jak najszybciej zapomnieć o Imereti. W Starej Komendzie jeśli nie właściciele, to obsługa zawsze wita gości z uśmiechem. Menu może nie tak rozbudowane, jak w  gruzińskiej, ale za to jakie smaki! Ceny też dość zróżnicowane i zdecydowanie nie przerażają. Za wspaniałą golonkę z wiśniami (mąż) i placek szpinakowy z gorgonzolą (ja) oraz dwa piwa warzone na miejscu zapłaciliśmy ok. 25 zł mniej, niż by nas kosztowały podobne dania we wspomnianej gruzińskiej.

Tyle mojej, pewnie dość nieobiektywnej, recenzji. Mam nadzieję, że pan Gruzin ogarnie się zanim popadnie w długi, bo jeśli nie, to raczej nie wróżę mu świetlanej przyszłości.

A co dla Was jest ważne, kiedy przychodzicie do restauracji?