Smutek

                      Powoli pakuję manatki i zbieram się do wyjazdu. Tym razem jadę z mężem, który po trzech tygodniach przymusowego urlopu wraca do swojej Frau. Ponieważ jedziemy swoim samochodem, mogę zabrać więcej bagażu. Oczywiście nie są to ciuchy, bo tych zabieram zawsze absolutne minimum. Najwięcej miejsca w bagażu zajmuje mi zawsze jedzenie. Tym razem zabieram pudła z różnymi kaszami, jabłka, paletę jajek, moje ulubione twarożki (bo te niemieckie średnio nadają się do jedzenia), domowe ciasto. Ktoś by powiedział, że to dziwactwo, bo przecież tam wszystko mogę kupić i dużo w tym racji, ale nasza żywność jest po prostu lepszej jakości. Wprawdzie w Edece mogę kupić np. polską kaszę, ale do tego sklepu mam daleko, a nie zawsze jest czas, żeby wybrać się po zakupy. Poza tym „kto z sobą nosi, ten się nie prosi”. A może tym razem Frau zdecyduje się spróbować naszych specjałów? Spędzimy razem Wielkanoc i chciałabym choćby jajka w majonezie przygotować, bo oni to tylko czekoladowe zajączki wtedy jedzą.

                       Jadę na miesiąc i mam nadzieję, ze dobrze mi ten wyjazd zrobi, bo mam za sobą bardzo trudny czas. W czwartek wróciłam z pogrzebu mojego kuzyna. Chorował pewnie długo, ale prawie bezobjawowo. Ot, bolał go kręgosłup. Ale kogo nie boli? Szczególnie jeśli jest się człowiekiem, który całe życie ciężko pracował fizycznie, a on był rolnikiem i niejeden worek ze zbożem przeniósł na własnych plecach. Do lekarza poszedł, kiedy ból był nie do zniesienia. Poszło szybko. Lekarz rodzinny, skierowanie na TK, wynik i znowu rodzinny. Po tej wizycie już nie wrócił do domu. Karetką zawieźli go na onkologię. Tam jeszcze jedno TK, biopsja i informacja, że nie da się już nic zrobić. Ból, którego nie potrafili opanować, więc dostał paliatywną radioterapię, a potem, dzięki znajomościom i ludziom dobrej woli na ostatnie dni został przeniesiony na Oddział Paliatywny. Wszystko trwało 25 dni. Nie mogłam w to uwierzyć, nie mogłam sobie wyobrazić, że to właśnie on jest chory, cierpiący, bezradny. Mimo tego, że uczestniczyłam  w uroczystościach pogrzebowych, nie dociera do mnie, że już go nie ma. Był pięć lat ode mnie młodszy. Pamiętam moment, kiedy babcia wróciła do domu i powiedziała, że się urodził. Byłam zazdrosna, bo jego mama mnie wychowywała od trzeciego miesiąca życia, a on stał się dla mnie „konkurencją”. Nie byliśmy ze sobą jakoś szczególnie blisko. Jak to z facetem.  Dużo bliżej jestem z jego siostrami i mamą. Uwielbiałam jego tatę.  Ale jednak jego odejście jest dla mnie strasznym przeżyciem. Przyszedł na świat, kiedy ja już byłam, odszedł, a ja jeszcze jestem. Cały jego czas jest tylko fragmentem mojego czasu.

Bardzo trudno mi to wszystko poukładać w głowie. Może ten wyjazd sprawi, że powoli przywyknę do sytuacji.

Pierwsze koty za płoty?

          Z plikiem różnych wyników, oświadczeniami, zaświadczeniami i litrem niegazowanej wody stanęłam rano przed rejestracją na TK. Wszystko szło ekspresowo. Coś tam jeszcze podpisałam, na korytarzu wymieniłam serdeczne „dzień dobry” z Panią Profesor ( mamą mojego ulubionego Pianisty)  i Pani Przełożona zaprosiła mnie do swego gabineciku. No i się zaczęło.  Pani zagłębiła się w moje papiery i zaczęła dopytywać:

- A z tym uczuleniem to jak było? Jakie objawy?

- O! A tu jeszcze gorzej! Oj, to ja się muszę z lekarzem skonsultować.

I poszła. Nie było jej dobrą chwilę, a kiedy wróciła po minie poznałam, że jest kicha. Nie dość, że musiałam na cito (oczywiście za kasę, bo inaczej by było nie na cito tylko na pojutrze) zrobić jeszcze  jeden wynik, to okazało się, że podanie kontrastu musi się odbyć w asyście anestezjologa, a to oznacza przesunięcie terminu. Być może tylko o kilka dni, ale jednak.

Wyposażona w taką wiedzę, plus informację, że moja rodzinna pracuje dziś od 12.00 (co sprawdził mi mąż siedzący w swoim pokoju w Bawarii – chwała netowi!)  i nie ma mi kto wypisać skierowania na badanie, wsiadłam w tramwaj i pojechałam do naszego Medicusa. Tam oczywiście wściekła kolejka do kaso-rejestracji, a potem do laboratorium. W końcu usiadłam na fotelu w gabinecie. Krew pobrana, a miłe panie obiecały postarać się, żeby wynik był jak najszybciej. Czyli za dwie godziny. Całe szczęście, że miałam przy sobie tablet i Legimi:)

Wynik był przed 12. No to za telefon i dzwonię do Pani Przełożonej, że jadę,  i że jest ok. Po czterdziestu minutach wpadam na Radiologię, oddaję wynik, dowiaduję się, że trochę późno go przyniosłam i z anestezjologiem PP może mnie umawiać jutro.  Nareszcie  mogę iść do domu, żeby w końcu zjeść śniadanie.

Szczęście w nieszczęściu, że nie padało, nie wiało, tramwaje nie miały awarii, a ludzie, z którymi miałam do czynienia byli mi życzliwi.

Nawet udało mi się po drodze wpaść do Związku Emerytów i Rencistów (czy jakoś tak) i wykupić zaświadczenie upoważniające do zniżki kolejowej. Niestety, może mi być w najbliższym czasie potrzebne.

Teraz nic, tylko czekać na telefon od Pani Przełożonej.

 Ciąg dalszy…

Telefon zadzwonił dziś rano. Pani Przełożona przekazała mi informację, że anestezjolog nie zgodził się na podanie kontrastu bez wcześniejszej konsultacji z alergologiem. Poleciałam (daleko nie mam) do PP . Dostałam swoje dokumenty z adnotacją anestezjologa i poleceniem, żeby pójść do Poradni Alergologicznej. Jak było do przewidzenia szybciej stamtąd wróciłam, niż poszłam. Panienka w rejestracji zabawiła się w Pana Boga i odesłała mnie najpierw do lekarza rodzinnego po skierowanie, a dopiero potem do PA. Żeby było milej – do tej na drugim końcu miasta:) A co! Ma władzę, to z niej korzysta. Ostatnim przebłyskiem umysłu poprosiłam, żeby mi swoje zalecenia dała na piśmie. Dała. Nawet z pieczątką. Z tym „dokumentem”  i pytaniem „Co robić?” wróciłam do PP. Pomyślałam sobie, że jeśli nawet Rodzinna (pewnie  z wielkimi oporami) da mi to skierowanie i uda mi się zarejestrować do alergologa, to wizyta będzie może za trzy miesiące, a może za pół roku. Czyli już dawno po terminie kolejnej wizyty u Nefrolożki.

PP przeczytała info od panienki z rejestracji w PA i poszła się znowu z kimś naradzić. Wróciła z konkretnymi dyspozycjami. Mam iść do Nefrolożki i prosić o skierowanie na NMR, bo tam nie trzeba podawać kontrastu. No to poszłam. Oczywiście nie do samej Nefrolożki lecz do pań w rejestracji. Opowiedziałam swoją historię, a one zajęły się resztą. Po pół godzinie zeszła z oddziału Nefrolożka ze skierowaniami do alergologa i na rezonans. Ledwie od niej wyszłam (kłaniając się w pas z wdzięczności) zadzwoniła PP, bo już się denerwowała czy udało mi się coś załatwić. Jak się okazało, ona też wydzwaniała  w mojej sprawie.

Ze skierowaniem w łapie znowu poszłam do panienki, która mnie wcześniej odesłała z kwitkiem. Tym razem okazało się, że mogę być przyjęta przez Panią Alergolog już w najbliższy piątek.  Zakomunikowałam to PP i zdecydowałyśmy, że na wszelki wypadek postaram się zarejestrować gdzieś na rezonans, a jakby się okazało, że kontrast mnie jednak nie zabije, to przyjdę do niej i poszukamy terminu na TK. Rezonans zawsze można odwołać.

Jak często człowiek przegrywa z procedurami?

Dobrze, że te wszystkie przychodnie są na jednym podwórku!

 

Uległam namowom

                            Od zawsze dużo czytam, ale od jakiegoś czasu nie kupuję książek, bo zwyczajnie nie mam ich gdzie przechowywać. Ich cena też jest często przeszkodą dla mojego emeryckiego budżetu.  Na szczęście pod nosem mam filię biblioteki miejskiej z całkiem niezłym księgozbiorem i sporą ilością nowości.   Ale… zawsze jest jakieś „ale”. Moje „ale” to wyjazdy. Niestety, nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron , a tym bardziej dłuższego pobytu za granicą bez czytania. To oznacza, że połowa mojej walizki to książki.  Już od jakiegoś czasu słyszałam o e-bibliotece, ale  jak to? Ja mam czytać coś, co nie jest papierowe?! Nigdy!!! Tylko klasyczna, prawdziwa książka, a nie jakieś tam wynalazki!  Jak Pawlak z mojego ulubionego filmu powtarzałam, że „Powymyślali te durackie maszyny, bo siły w ręcach nie mieli.” Więc tachałam tomy w tę i z powrotem.  Aż tu pewnego dnia, kiedy wybierałam lektury na kolejny wyjazd,  pani bibliotekarka zaproponowała mi kod dostępu do 18 tysięcy książek! Wystarczy aplikacja, którą można zainstalować w telefonie, tablecie lub laptopie i czytać do woli. Również of line, czyli wtedy, kiedy nie ma dostępu do netu. Oj, trudno mnie było namówić, bo po pierwsze ściąganie aplikacji brzmiało dla mnie tak samo realnie jak lot na Marsa, a po drugie – tylko książka, a nie żadne durackie maszyny!  Ale pani Dorota była nieugięta, a mnie  w  końcu  zrobiło się głupio, że tak staję okoniem i wzięłam ten kod. Najwyżej z niego nie skorzystam, pomyślałam. Siedząc wieczorem w domu stwierdziłam jednak, że spróbuję. Najwyżej nic mi z tego nie wyjdzie. Perspektywa lżejszej walizki była bardzo kusząca.  Do dziś nie wiem jak, ale udało mi się zainstalować aplikację Legimi.ebook i ruszyłam w świat wirtualnej książki.  Muszę uderzyć się w pierś i stwierdzić, że te durackie maszyny jednak ułatwiają życie czytacza!  Już nie muszę mieć w torebce ciężkiej książki, żeby nie marnować czasu w tramwaju, do obcych landów zabrałam nie cztery, a tysiące książek i w każdej chwili mam je pod ręką – w domu, w tramwaju,  pociągu, w kolejce do lekarza.  Zaletą Legimi jest też to, że można sobie powiększać litery i odstępy między linijkami tekstu. Można też czytać w trybie nocnym czyli białe litery na czarnym tle. Odkryłam, że wtedy mniej męczą się oczy. Czytana książka zawsze otworzy się na tej stronie, na której ją zamknęłam, a jakiś duszek w tablecie liczy czas czytania w danym dniu, oblicza średni czas i średnią ilość znaków na minutę. Na wirtualnej półce można mieć jednocześnie wiele pozycji, więc kiedy nie mam dostępu do netu, to korzystam z zapasów na półce. Nie ma znaczenia, czy książka jest gruba czy cienka, bo tablet zawsze waży tyle samo. :-) Dzięki Legimi  przeczytałam „Sedinum”, po które nie sięgnęłam wcześniej właśnie ze względu na gabaryty – prawie  tysiąc stron. Moja Miejska Biblioteka Publiczna wykupiła swoim czytelnikom dostęp do tej aplikacji i wystarczy co miesiąc pobrać od bibliotekarki pasek z kodem. Taka łaskawość MBP będzie trwała do sierpnia. Potem będę musiała płacić około 35 zł miesięcznie. Czy to dużo za swobodny dostęp do książek?

Wstyd

Świat mnie przegonił. A konkretnie technologia. Już kiedyś pisałam, że technika nie jest moją specjalnością, ale nie myślałam, że tak szybko mnie pokona.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie pani z firmy telekomunikacyjnej z ofertą nowej taryfy. W ofercie był również telefon. Miałam kilka dni na podjęcie decyzji, który model wybieram. Zasięgnęłam języka u ekspertów, czyli syna i wnuczki, i podjęłam decyzję. Wydawało mi się, że właściwą. Po kilku dniach kurier przywiózł przesyłkę. Chyba przez tydzień do niej nie zaglądałam, bo wiedziałam, że sama tego telefonu nie uruchomię. W końcu zrobił to syn. Telefon funkcjonował. Tyle tylko, że nie byłam w stanie nad nim zapanować. Przerosło mnie nawet odbieranie wiadomości tekstowych, nastawianie budzika czy zapisywanie listy kontaktów. Nie potrafiłam się rozeznać w rozlicznych funkcjach tego cudu techniki. Nie było mowy o  fotografowaniu czy korzystaniu z Internetu.  Zirytowana swoją głupotą i bezsilnością po dwóch dobach wróciłam (przy pomocy wnuczki) do mojej stareńkiej Nokii. Nowy telefon sprzedałam młodej dziewczynie, dla której jest on normalnym gadżetem. Niemal takim, jak rękawiczki:)

Źle się czuję z tym, że nie dałam rady, tym bardziej, że to nie pierwszy raz. Kilkanaście  lat temu stwierdziłam, że już zawsze będę jeździła tramwajem, bo auto nie jest dla mnie. Wstyd, irytacja, złość na samą siebie, a jednocześnie świadomość, że banalne umiejętności dostępne dla większości ludzi dla mnie są nieosiągalne, powodują jakąś taką wewnętrzną rezygnację. Jeszcze moment i ludzie będą na mnie patrzeć z politowaniem.

 

Oby do wiosny…

Niech już w końcu zrobi się ciepło! Wiem, że to dopiero luty i trudno spodziewać się wiosny, ale ostatnie prognozy, zapowiadające temperatury  sporo poniżej zera nie nastrajają optymistycznie. Staram się nie narzekać, bo nie mnie jednej zima dokucza, ale już mam dość bólu stawów, smarowideł, które nie pomagają, ręki, której nie mogę swobodnie podnieść do góry i chodzenia po schodach na skrzypiących kolanach. Marzę o lecie, kiedy jest ciepło, wilgoć znika z powietrza, a ja mogę przynajmniej na jakiś czas zapomnieć o tym wszystkim. Daję radę, ale jakoś niewyraźnie  mi się zrobiło, kiedy dziś w szatni przed zajęciami w klubie koleżanka, widząc moje stabilizujące opaski i  skarpety powiedziała: „Widzę, że się nie poddajesz. Super!” Chciała dać wyraz temu, że mnie docenia, a ja się jakoś rozsypałam.

Takie tam nic

No i jestem w domu. Nie wiem dlaczego zawsze jadę objuczona bagażami niczym jak tybetański. Jeszcze rozumiem kierunek „tam”, bo wiozę a to bigos, a to pierogi, no i oczywiście ciasto. Do tego trochę ciuchów i robi się niezły  tobołek. Całe szczęście, że nie muszę go  targać sama np. do pociągu, bo chyba bym trupem padła. Już widzę siebie z walizką plecakiem i termiczną torbą, szukającą pociągu na berlińskim dworcu! Na szczęście są busy, które zabierają pasażera spod drzwi i odstawiają pod wskazany adres. Wygodnie, choć niezbyt tanio. Tym razem wracałam z firmą, która nawet obiad funduje pasażerkom (bo zwykle są to same kobiety). „Funduje” to może za duże słowo, ale obiad jest w cenie biletu i czekał na nas zaraz po przekroczeniu polskiej granicy – cieplutki i smaczny. No więc „tam” jadę z walizką jedzenia, a z powrotem?  Większość ciuchów zostawiam na miejscu, zakupów żadnych tam nie robię, więc skąd te bagaże? Sama nie wiem, co tam wiozłam! No bo przecież te klocki lego dla Najmłodszego i kilka piw dla znajomych nie mogły mi zająć całej walizki!

Było – minęło. Wracam do szczecińskiej rzeczywistości. W środę byłam u Najmłodszego w przedszkolu na Babciowo-Dziadkowej imprezie. Głównie z tego powodu wróciłam:)  Podziwiam panie nauczycielki, które są w stanie ogarnąć gromadkę czterolatków, nauczyć ich tych wszystkich piosenek i wierszyków, uspokoić przestraszone albo rozgorączkowane występem maluchy. A dzieci, jako to dzieci – jedne bardzo się angażują, inne wcale, jedne interesuje, gdzie jest babcia i dziadek, a inne dłubią w nosie, jedne są zadowolone, że mogą się popisywać, inne ryczą ze strachu. Najmłodszy jest pośrodku – jak mu się piosenka podoba, to śpiewa, a jak nie, to czeka spokojnie na kolejny punkt programu:) Raczej nie będzie aktorem:)  Ma za to matematyczne inklinacje. Już od roku czyta  trzycyfrowe liczby, liczy, dodaje w granicach dziesiątki. Trochę to dla nas dziwne, bo w rodzinie raczej sami humaniści. Nie popadamy w bezkrytyczne zachwyty nad tymi umiejętnościami, ale obserwujemy je z zainteresowaniem.

I to by było na tyle. Wiem, że to takie bla, bla, bla, ale jakoś nie potrafię – póki co – pozbierać myśli.

(Przed)świąteczne niespodzianki

                              Jest takie powiedzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu, jakie masz plany. Nie przypominam sobie, żebym o swoich planach informowała Najwyższą Instancję, ale i tak wszystko licho wzięło.  Miałam wyjeżdżać w czwartek przed świętami, a tydzień wcześniej zaczęły się kłopoty ze zdrowiem. Nie będę opisywała całej historii, bo kto próbował dostać się do jakiegokolwiek specjalisty, szczególnie w okresie przedświątecznym, ten wie, że to droga przez mękę i korzystanie z łaski państwa medyków.  Mnie się udało, ale byłam w takim stanie, że o podróży nie mogło być mowy. Przełożyłam wyjazd na czwartek po świętach i mam nadzieję, że tym razem uda mi się pojechać, choć dziś po południu poczułam nawrót dokuczliwych objawów. Tym razem zupełnie nie mam szans na spotkanie z lekarką, bo ta jest na urlopie i wróci dopiero 4. stycznia. Zobaczymy, co będzie jutro.

Wigilię spędziłam z synem, synową i wnukami, ale dość szybko wróciłam do domu, pod swoją kołdrę i przed swój telewizor. Dwa dni świąt upłynęły mi na rozmowach z mężem, czytaniu i oglądaniu filmów. Nie boleję nad tym, bo święta dawno straciły dla mnie urok i w sumie wszystko mi jedno, gdzie je spędzam. Nie lubię tylko, jak mi się plany walą. Wszak jestem uporządkowanym Koziorożcem :)

Mam nadzieję, że u Was obyło się bez tego typu niespodzianek.

Idą święta

kartka-na-boze-narodzenie-ruchomy-obrazek-0014  Zimy nie ma, atmosfera raczej gorąca i nie wiadomo na czym koncentrować uwagę – na pierogach i karpiu czy na tym, co się dzieje pod Sejmem i nie tylko. A przecież każda z nas ma też swoje osobiste sprawy – radości i smuteczki. Mnie przed świętami zwykle dopadają jakieś zdrowotne atrakcje. I tym razem tradycji stało się za dość. Mam nadzieję, że się z nimi uporam, bo w czwartek bladym świtem ruszam w świat. Kolejny raz do Obcych Landów.

Jednak zanim ruszę w drogę z walizką pełną pierogów, gołąbków i bigosu chcę Wam podziękować za ten rok, który się kończy. Dziękuję za wszystkie Wasze wpisy, za wymianę myśli w komentarzach, za ciepłe słowa i uczucia, za cierpliwość, kiedy marudziłam.

Życzę Wam radosnych świąt, dobrego nastroju, rodzinnego ciepła. Niech się Wam spełnią wszystkie życzenia, jakie usłyszycie w wigilijny wieczór, niech Wam przez cały nadchodzący rok dopisuje zdrowie, omijają kłopoty i niech zawsze znajdzie się powód do uśmiechu.

Wszystkiego najlepszego!!!kartka-na-boze-narodzenie-ruchomy-obrazek-0121

Świąteczne pierogi

Dziś, na specjalne życzenie Giny, przepis na pierogi z kapustą i grzybami. Postaram się opisać wszystko  najbardziej dokładnie i starannie.

Farsz

Dzień przed gotowaniem kapusty zalewam zimną wodą ok. 10 dkg suszonych grzybów i przykrywam je np. talerzem. Grzyby moczę w szklanej misce. Na drugi dzień przelewam grzyby z wodą do garnka i gotuję je ok. pół godziny.

Jeśli nie masz suszonych grzybów, możesz dodać do farszu przesmażone pieczarki. Oczywiście przyprawione solą i pieprzem.

Na ok. 200 pierogów potrzeba 3 kg kiszonej kapusty. Jeśli jest zbyt kwaśna, trzeba ją przepłukać zimną wodą. Potem gotuję ją na małym gazie mniej więcej godzinę. Wody w garnku powinno być tyle, żeby nie przykrywała kapusty. Po zawrzeniu trzeba kapustę mieszać, żeby nie przylgnęła do dna, nie przypaliła się i równomiernie się ugotowała. Oczywiście nie przykrywamy garnka pokrywką, ale mieszkanie trzeba wietrzyć ;) W zależności od upodobań smakowych do gotowania można dodać ziela angielskiego, ziarnistego pieprzu, liści laurowych albo kminku. Ja nie dodaję, bo nie lubię.

Ugotowaną kapustę wylewam na sito i czekam aż odcieknie i wystygnie. Potem zakładam gumowe rękawiczki i robię to, czego najbardziej nie lubię – wyciskam ręcznie płyn, jaki został w kapuście po ugotowaniu.

Kiedy kapucha jest w miarę pozbawiona owego płynu, drobno kroję kilka cebul. Ilość też zależy od upodobań. Zwykle dodaję jedną sporą cebulę na kilogram świeżej kapusty.  Pokrojoną cebulę podsmażam na oleju rzepakowym. Trzeba pilnować, żeby się nie przypaliła. Lepiej niech będzie tylko zeszklona niż by się miała przypalić.

Jak już mam ugotowaną i odciśniętą kapustę, ugotowane i odcedzone grzyby (wodę z gotowania grzybów zostawiam, bo może się przydać do „dosmaczenia” farszu) i zeszkloną cebulę, to wszystko przepuszczam przez maszynkę do mielenia. Kiedyś kroiłam nożem, ale nie ma sensu dodawać sobie roboty.

Tak przygotowany farsz podsmażam na patelni, żeby wszystkie składniki dobrze się połączyły i żeby reszta wody odparowała. Ponieważ robię to znowu na oleju, farsz nie jest suchy. To jest też ten moment, kiedy trzeba go doprawić. Ja dodaję tylko mielonego pieprzu – najlepiej takiego zmielonego na pył, bo z młynka wychodzą za duże kawałki i potem przy jedzeniu może dojść do przykrej niespodzianki – nie ma nic gorszego niż kawałek pieprzu, który utknie gdzieś w gardle;)

Farsz można, a nawet powinno się zrobić dzień wcześniej, żeby się „przegryzł”.

A teraz ciasto.

Często spotykam się z tym, że dziewczyny nie robią pierogów, bo ciasto zawsze wychodzi im za twarde, trudno je rozwałkować, a jeszcze trudniej zlepić. Tajemnica tkwi w temperaturze wody, którą zalewamy mąkę.  Ciasto na pierogi lubi ciepło, więc do jego przygotowania powinno się używać naczyń szklanych lub plastikowych (kiedyś tylko drewnianych).

A więc: do lekko ogrzanej szklanej miski wsypuję ok. 4-5 szklanek (poj. 0,25) mąki (pszenna typ 500 ), dodaję trochę soli i zalewam wrzątkiem. Szybko mieszam drewnianą łyżką (może być plastikowa, ale nie metalowa, żeby ciasto nie stygło), a potem dodaję 1-2 łyżki stołowe oleju (może być też masło lub inny tłuszcz) i szybko wyrabiam całość. Można to robić w misce, ale wygodniej jest na stolnicy lub blacie. Jeśli ciasto bardzo klei się do rąk, to trzeba dodać mąki, ale nie za dużo – musi być miękkie. Kiedy ciasto jest ciepłą, plastyczną kulą, wkładam je z powrotem do miski i przykrywam talerzem. Pamiętajcie, żeby do ciasta na pierogi NIE dodać jajka, bo będzie twarde! Zostawiam je tam na ok. 15 min. W tym czasie robię sobie kawę i przygotowuję miejsce do lepienia pierogów:)

A potem już tylko wałkowanie kawałków ciasta (nigdy całe od razu), wycinanie kółeczek (mam do tego specjalnie zachowaną z dawnych czasów szklankę), nakładanie farszu i lepienie. Ot, cała pierogowa filozofia.

Podpowiem jeszcze, że takie pierogi można zrobić nawet na kilka tygodni przed Wigilią i zamrozić. Ponieważ nienawidzę bezsensownej roboty i pierogów dwa razy gotowanych, mrożę surowe.  Na dno szuflady w zamrażalniku kładę papier do pieczenia i na nim układam pierogi tak, żeby się ze sobą nie stykały. Ponieważ szuflady mam tylko dwie, to jakiś czas temu mąż mi przyniósł od Pana Szklarza przycięte na wymiar szuflady szklane płytki i teraz między pierogami  układam trzy klocki, na nich kładę szkło przykryte kolejnym kawałkiem papieru do pieczenia i znowu warstwę pierogów. Tym sposobem w jednej szufladzie mieści mi się ok. 150 pierogów. Kiedy zamarzną, wrzucam je do woreczków, opatruję stosowną metką i już:)

Takie pierogi gotujemy jak każdą inną mrożonkę – do dotującej, osolonej wody wlewamy nieco oleju, wrzucamy pierogi, mieszamy drewnianą łyżką, żeby nie przylgnęły do dna, a po wypłynięciu gotujemy na małym gazie nie dłużej niż 3 minuty. Jeśli ciasto jest cienkie, to krócej.

Mam nadzieję, że trochę pomogłam. Jeśli ktoś ma jakieś „pierogowe” pytania, to oczywiście postaram się odpowiedzieć.

Smacznego:)

Życie toczy się dalej…

            Ledwie dwa tygodnie temu pisałam o historii Młodej Mamy, a mam wrażenie, że było to bardzo dawno temu. Może dlatego, że tak wiele się działo. Mnóstwo emocji, rozmów, wątpliwości i straszna determinacja z jej strony, żeby się nie dać, żeby wytrwać.

Dziś Młoda Mama ze swoją siedmioletnią Córką mieszka u Brata. Mało brakowało, a musiałaby się przenieść do Domu Samotnej Matki, bo Brat niemal uległ namowom Matki, żeby „wymówić” MM schronienie i w ten sposób zmusić ją do powrotu do domu. Przy czym Matce nie zależało na powrocie Córki. Wyraźnie napisała, że Córka może robić co chce, ale ma jej oddać(!) Wnuczkę. 

Kilka dni temu odbyło się w MOPS spotkanie w związku z Niebieską Kartą. Ojciec, któremu tę kartę założono, zachował się zgodnie ze swoim stylem bycia, czyli ponoć lekceważąco wobec urzędniczek. Ponieważ przywołały go do porządku, poskarżył się żonie, która zrobiła urzędniczkom awanturę w stylu „Jak śmiecie tak traktować ludzi!”. Na dodatek zrobiła tę awanturę w miejscu publicznym. Dym się z tego zrobił na całą wieś. W efekcie Matka jest obrażona na wszystkich, czemu daje wyraz wpisami na fb.  Kompletna dziecinada. Czasem mam wrażenie, że ona straciła możliwość zdrowego i w miarę obiektywnego oceniania rzeczywistości.

Tymczasem MM zapisała dziecko do nowej szkoły, załatwiła Córce darmowe obiady i transport na zajęcia szkolnym autobusem. Dostała namiary na psychologa i zamierza skorzystać z terapii. Wysłała kilkadziesiąt cv i biega na rozmowy o pracę. Odzew był niemal natychmiastowy i w zasadzie pracę już ma, ale szuka dalej, bo ma czas do końca grudnia i może uda się jej znaleźć coś lepszego.  Pracy we Wrocławiu jest dużo, ale problem w tym, że szkolna świetlica jest czynna od 7 do 17 i MM musi znaleźć pracę na jedną zmianę. Dziewczyna matyle energii, że postanowiła spróbować zdać dwa ostatnie egzaminy maturalne. Bratowa załatwia jej darmowe korki z matematyki, MM sama powtarza podstawy niemieckiego. Może jej się uda? Oby!

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zaoferowali pomoc MM, a szczególnie Ginie! 

GINO, JESTEŚ WIELKA I MASZ CIEPŁE SERCE!

Powoli zbliżają się święta. Zrobiłam już pierogi z kapustą i grzybami (synowej i sobie). Dziś będę lepiła uszka. Jeszcze bigos (zawekuję), gołąbki (na ostatnią chwilę przed wyjazdem, żeby były świeże), klops (inaczej pieczeń rzymska) i jakieś ciasto. To na zamówienie męża:)  Nie wiem, czy mi się w walizce zmieszczą jakieś ciuchy;)